PORADY PODRÓŻNICZE

Drewniana mapa na ścianę

drewniana-mapa-na-scianie

Pamiętam jak w podstawówce zaczytywałam się w przygodach Stasia i Nel w „W pustyni i w puszczy”, nie marząc wtedy nawet o podróżach. Potrzebowałam kilka dobrych lat, bo zrozumieć co jest moją największą pasją, powołaniem i wolnością. Więcej o mojej podróżniczej drodze napisałam w O MNIE – absolutnie nie byłam osobą, która od dziecka marzyła o odkrywaniu świata. Dzisiaj nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej.

Na ścianie w mojej sypialni zawisła drewniana mapa, widzę ją zaraz po przebudzeniu (specjalnie wybrałam to miejsce!). Dzisiaj wizerunek mapy jest dla mnie symbolem wolności, tak ważnym, że planuję sobie ją wytatuować. Na razie jednak podziwiam mapę na ścianie – nie będę kłamać, jestem nią zachwycona! Jest elegancka i po prostu bardzo, bardzo ładna. Opowiem Ci o niej więcej poniżej!

P.S. Jeśli zastanawiasz się, czy sama jedna dziewczyna da radę zamontować taką mapę na ścianę, to czytaj dalej!

Maj jest moim najukochańszym miesiącem w roku i od teraz aż do 31 maja z moim kodem: aniawpodrozy otrzymujesz 10% zniżki w LosokaWood na wybraną przez siebie mapę.

turcja-drewniana-mapa
Moja Turcja na mapie świata.

Jaką mapę wybrać?

Zacznijmy jednak od początku – wybierz swoją mapę. Zastanów się, w którym miejscu chciałbyś, żeby wisiała w Twoim domu. Tak jak wspomniałam przed chwilą, ja zdecydowałam się na sypialnię, bo chciałam każdego ranka, zaraz po otwarciu oczu spoglądać na moją mapę. Dla mnie to symbol moich planów i celów, marzenia, że pewnego dnia zapakuje plecak i wyruszę z biletem w jedną stronę. Ale to także wspomnienia i sentymentalne powroty 🙂

Kiedy już znajdziesz odpowiednie miejsce, pomyśl jak dużą chciałbyś powiesić mapę na ścianę i w jakiej tonacji będzie pasować do Twojego wnętrza. Nie jestem mistrzynią w aranżacji wnętrz, ale zawsze jestem zadowolona z efektu stosując zasadę: ma być elegancko, ponadczasowo i z moim vibem – ta złota zasada się sprawdza idealnie!

Właśnie dlatego ja zdecydowałam się na drewnianą mapę w kolorze orzecha – klasyczny piękny brąz idealnie się u mnie sprawdził. Poza tym, wybierając mapę w stonowanym kolorze będzie ona nadal pasować do wnętrza, nawet, gdy zdecydujemy się na remont czy nowe meble.

Własny wzór mapy stworzysz na stronie Losoka Wood w konfiguratorze. Możesz wybrać:

  • jeden z osiemnastu wzorów kolorystycznych
  • trzy wielkości mapy
  • cztery języki
  • w jaki sposób mają być opisane granice na mapie (lub by nie opisywać ich w ogóle)
  • dodatki, takie jak Antarktyda i nazwy Oceanów
  • czerwone (także drewniane) pinezki – w zestawie z mapą jest 10 sztuk, ale możesz wybrać ich dużo więcej, nawet aż 200 sztuk

Spory wybór prawda? Mój to mapa w języku polskim, kolor orzech (wersja I) w wielkości średniej (160 cm x 100 cm), na mapie widnieją jedynie granice i nazwy państw, zrezygnowałam z dodatków (poniżej tłumaczę dlaczego), wybrałam jedynie czerwone pinezki do zaznaczania odwiedzonych miejsc.

Wybrałem swoją mapę, co dalej?

Mapa przychodzi do Twojego domu bardzo starannie zapakowana i co mnie zdziwiło najbardziej, jest bardzo lekka! Nie wiem dlaczego, ale myślałam, że będę miała problem, by podnieść opakowanie, a tu miłe zaskoczenie! No i Twoja ściana jest bezpieczna 🙂

W zestawie, oprócz zamówionej mapy i dodatków otrzymujemy:

  • mapę świata na ścianę 3D podzieloną na kilka części
  • około 50-ciu wysp, z czego część jest celowo nieopisanych – niektóre z państw wyspiarskich ze względu na swoją wielkość muszą zostać pominięte podczas tworzenia mapy, ale jeśli tak jak ja, chcesz zaznaczyć miejsce, w którym byłeś (w moim przypadku to malutkie Curacao), wystarczy, że dobierzesz odpowiednią wyspę i dołączysz ją do mapy.
  • kompas z literami
  • statki, samoloty (!), delfiny
  • papierowy szablon 1:1, który pomoże Ci zamontować mapę na ścianie
  • taśmę dwustronną 3M do przyklejenia elementów mapy
  • taśmę malarska, centymetr i nóż techniczny
  • 10 sztuk drewnianych pinezek (lub więcej, jeśli je wybierzesz) w zestawie z klejem
  • instrukcję montażu
centymetr-swiat-mapa
Drewniana mapa na ścianę – cały zestaw.

FUN FACT: nigdy w życiu niczego nie zrobiłam z centymetrem w dłoni 😀 Żaden remont, żaden obrazek przybity do ściany, nic. Wszystko w moim otoczeniu tworzone jest na oko i tym razem też nie było wyjątku. Ale Ty nie bierz ze mnie przykładu 🙂 Ładnie, z centymetrem w dłoni, a nie tak, na #achujprzygodo!

centymetr-swiat-mapa
Centymetr dołączony do zestawu

Jak zamontować drewnianą mapę na ścianie?

Montaż jest naprawdę bardzo prosty, a wszystko krok po kroku jest opisane w dołączonej instrukcji. Szablon mapy jest w dwóch częściach, należy go skleić razem taśmą malarską, najlepiej i najwygodniej na podłodze. Następnie tak przygotowany przyklejamy tą samą taśmą do wybranej ściany. Pomimo braku używania centymetra poprawiałam go tylko raz 😛 Papierowy szablon wystarczy przykleić na bokach, tyle powinno wystarczyć.

No i teraz zaczyna się zabawa! Szybka lekcja geografii, zabawa niczym tetris i dopasowywanie elementów do szablonu. Zgodnie z instrukcją na pierwszy rzut poszła Kanada, następnie Stany, Rosja i dalej. Drewniane elementy nie potrzebują dużej ilości taśmy – na początku bałam się i kleiłam jej bardzo, ale niepotrzebnie. Tak, jak wspomniałam, mapa jest lekka, a taśma naprawdę mocno trzyma, więc nie trzeba elementów mocno podklejać.

Całość montażu zajęła mi około dwóch godzin i była świetną zabawą. Bardzo szybko też widać efekty, więc ma się ochotę jak najszybciej skończyć montować mapę, by zobaczyć pełen efekt na ścianie!

Do zestawu dołączone są samoloty, statki czy literki, opisujące kierunki – ja jednak zrezygnowałam z ich montażu. Bardzo chciałam, by mapa miała jak najmniej elementów, była trochę „surowa”, dlatego właśnie zdecydowałam się, że pominę wszystkie dodatki. Jestem bardzo zadowolona z takiego efektu.

PRO TIP

Chciałam jeszcze bardziej spersonalizować swoją mapkę, dlatego dodałam do niej kilka moich zdjęć z podróży z ostatniego roku. Chciałam uzyskać efekt zdjęć jak z polaroidu, dlatego też przygotowałam grafiki w Canvie i wywołałam je jak tradycyjne zdjęcia w drogerii Rossmann. Następnie przykleiłam je wraz z drewnianymi pinezkami do mapy.

zdjecie-rzym-wlochy-na-drewnianej-mapie
Postanowiłam zdjęciami ala palaroid ozdobić moją mapę.

Czy dam radę sama?

Tym razem to nie pytanie o solo podróż, a o montaż drewnianej mapy. Jednak w obu tych przypadkach odpowiem Ci: TAK!

Z premedytacją zabrałam się za montaż mapy do ściany sama, bo chciałam sprawdzić, czy jest to w ogóle możliwe… Trochę w to wątpiłam, nie przeczę, ale poszło mi sprawniej, niż zakładałam.

Satysfakcja będzie jeszcze większa, jeśli zdołasz zamontować mapę sam lub sama, ale z powodzeniem można też zaprzęgnąć do pracy całą familię, razem z dziećmi (uwaga tylko na małe elementy oraz ostry nożyk).

Jeśli zdecydujesz się na montaż solo skorzystaj z moich rad:

  • potnij taśmę malarską na kilka pasków i przyklej je sobie do dłoni – będzie Ci łatwiej podczas przyklejania papierowego szablonu
  • szablon złóż w miejscu klejenia i delikatnie jeszcze raz (na 4 części)
  • zacznij przyklejać od góry od lewej strony, powoli rozwijając szablon
  • sprawdź, czy jest równo – odejdź kilka kroków do tyłu
  • przyklej resztę boków i zacznij przyklejać drewnianą mapę w elementach
  • po skończonej pracy usuń delikatnie szablon, najlepiej po kawałkach odrywając większe elementy papieru

W tym wszystkim najtrudniejsze było… odklejanie taśmy 🙂

losokawood-mapa-drewniana-na-sciane

Dlaczego warto wybrać drewnianą mapę LosokaWood?

Kiedy otworzyłam przesyłkę i zobaczyłam mapę aż powiedziałam „wow”. Właściwie tyle mogłabym tu zostawić, ale dodam jeszcze kilka słów 🙂 Moim zdaniem wybrany przeze mnie kolor prezentuje się jeszcze lepiej na żywo, niż na stronie internetowej LosokaWood. Mapa jest 3D, więc właściwie pierwsze co zrobiłam, to przejechałam po niej dłonią – to jest tak satysfakcjonujące!

Dodatkowo:

  • mapa jest produkowana w Polsce, a przy jej tworzeniu jest sporo pracy ręcznej
  • wykonana jest z brzozy (mojego ulubionego drzewa) – drewno pokryte jest impregnatem na bazie wody, przez co jest bezpieczna i bezwonna
  • możliwy jest demontaż mapy – wystarczy podgrzać dwustronną taśmę suszarką do włosów (wtedy dużo łatwiej odchodzi od ściany)

Zawsze bardzo podobały mi się takie mapy na ścianie, dlatego bardzo się cieszę, że teraz mam swoją 🙂 Teraz kolej na planowanie kolejnych podróży, a jakie będą Twoje? Napisz poniżej w komentarzu 😉

Odd teraz aż do 31 maja z moim kodem: aniawpodrozy otrzymujesz 10% zniżki w LosokaWood na wybraną przez siebie mapę.

drewniana-mapa-na-scianie-zdjecia-podroze
Moja drewniana mapa w sypialni 🙂

*Wpis powstał we współpracy z LosokaWood.

EUROPA ISLANDIA PODRÓŻE

Reykjavik – warto czy nie? Najpiękniejszy widok 360° na wyspie

rainbow-street-reykjavik

Rejkjavik to stolica Islandii i największe miasto na wyspie. Trochę się naczytałam w necie, że w sumie to można je pominąć, nie warto się zatrzymywać, no może ewentualnie na momencik… Ja mam raczej inne zdanie na ten temat i w tym poście się nim z Tobą podzielę. Poniżej znajdziesz 5 powodów, dla których warto odwiedzić Reykjavik i powiem Ci coś jeszcze…

Widok, który zobaczyłam w Rejkjaviku był jednym z najpiękniejszych w całej Islandii!

Reykjavik-islandia-grafika
Reykjavik – stolica Islandii i kościół Hallgrímskirkja

Symbol Islandii, czyli Kościół Hallgrímskirkja 

Symbol Reykjaviku, ale też całej Islandii to Kościół Hallgrímskirkja – na pewno nie raz widziałaś go na pocztówkach czy kadrach z Islandii.

Strzelisty budynek może wyznaczać początek i koniec Twojego zwiedzenia w mieście, albowiem obok kościoła znajduje się darmowy parking – nie trzeba dziękować 🙂 Parking jest spory, ale też zainteresowanie nim jest niemałe. Czasem wystarczy jednak zaczekać kilka minut, by zwolniło się jakieś miejsce.

Wracając jednak do samego kościoła – wybudowany został pod koniec XIX wieku w obrządku protestanckim, czyli jest stosunkowo nowy. Jest drugim najwyższym budynkiem na całej wyspie i mierzy niecałe 75 metrów wysokości (pierwsze miejsce zajmuje budynek biurowy Smáratorg). Nie przypomina klasycznych obiektów sakralnych, prawda? W tym tkwi jego piękno, jest zbudowany w iście islandzkim stylu.

Elegancki, prosty, trochę surowy. Kolumny mają przypominać kolumny bazaltowe, które podziwiać można chociażby przy czarnej plaży Reynisfjara. Co ciekawe kościoł przypomina kształtem młota Þóra, staronordyckiego boga piorunów.

Samo wejście do kościoła jest bezpłatne, warto jednak zwrócić uwagę na godziny jego otwarcia (12.00-15.00). Ja niestety nie mogłam wejść do samego środka (byłam za wczeście), ale… to co najlepsze tutaj – było dostępne: wjazd na szczyt wieży i widok 360 stopni na Reyjkavik. O M G!

Wjazd trwa dosłownie chwilkę (jest winda) i kosztuje ok 30 zł za osobę dorosłą (jest mały sklepik). Na górze możecie zostać jak długo chcecie. Widoki są spektakularne – z jednej strony na miasto, z drugiej zaś na morze (a dokładniej zatokę) i góry.

Moim zdaniem, chociażby dla samego tego widoku, zdecydowanie warto wybrać się do Reykjaviku. Kolorowe domy, morze i ośnieżone góry – jeden z piękniejszych obrazów, jakie miałam szansę zobaczyć na wyspie.

Kościół możecie też podejrzeć na żywo na kamerce online.

Kosciol-Hallgrimskirkja-reykjavik
Kosciół Hallgrímskirkja
 Kosciol-Hallgrimskirkja-wieza
Wyjazd na wieżę w kościele Hallgrímskirkja to koszt ok. 30 zł
Hallgrimskirkja-Reykjavik-widok
Widok z wieży kościoła Hallgrímskirkja na zatokę i miasto
Kosciol-Hallgrimskirkja-Reykjavik-Islandia-ulica.
Widok z ulicy na Kościół Hallgrímskirkja

Instagramowa ulica Skólavörðustígur w Reykjaviku

Instagramowa ulica Skólavörðustígur znajduje się zaledwie kilka kroków od wspomnianego powyżej Kościoła Hallgrímskirkja. Oddalając się od charakterystycznego punktu w mieście po drodze do Rainbow Stret możecie zaopatrzyć się w pamiątki, kubki do Twojego vana, ciepłe wełniane swetry w skandynawskie wzory (wiem, że Islandia to nie Skandynawia, spokojnie 🙂 czy bardzo popularne ostatnimi czasy plecaki Kanken.

Planując, jakie chciałabym przywieźć zdjęcia z Islandii wiedziałam, że jednym z nich będzie właśnie to na kolorowej ulicy. Tak naprawdę jest to zamknięta dla ruchu samochodowego część ulicy Skólavörðustígur pomalowana w tęczowe pasy.

Więcej o tym miejscu pisałam w moim ostatnim poście: GDZIE ZROBIĆ INSTAGRAMOWE ZDJĘCIA NA ISLANDII?

rainbow-street-reykjavik
Rainbow street Skólavörðustígur w Reykjaviku

Najstarszy europejski parlament Alþingishúsið

Bardzo ładny, elegancki budynek, przed nim znajduje się średniej wielkości plac Austurvöllur. Pewnie latem jest tu sporo zieleni, teraz trochę smutno i szaro. Budynek, na który patrzę okazuje się być najstarszym parlamentem w Europie – Alþingi.

Parlament po raz pierwszy został zwołany w 930 roku n.e., co oznacza, że jego istnienie to prawie 1100 lat historii. Raz do roku, najważniejsi na wyspie spotykali się i dyskutowali o przepisach prawach. Słuchaczami mogli być jednak wszyscy mężczyźni mieszkający na Islandii, wielu z nich jechało z drugiego końca wyspy. Wydarzenie było więc sporej rangi nie tylko politycznej, ale także kulturalno-społecznej. Spotkania odbywały się w Þingvellir, ostatnie w 1798 roku.

Dzisiaj Þingvellir jest Parkiem Narodowym i dobrem całej wyspy. Islandczycy bardzo cenią sobie to miejsce, nie tylko ze względu na wyjątkową przyrodę i naturę, ale także ze względu na bogatą historią, chociażby to, że to tutaj przyjęto chrześcijaństwo i odrzucono religię nordycką. Chociaż tak chyba nie do końca, prawda? Dla mnie niezwykle fascynujące jest, że Islandczycy wierzą w elfy. Bez cienia ironii, to jest super!

Alþingishúsið, czyli dosłownie Dom Alþingu, Dom Parlamentu, został wybudowany w latach 1880-1881 w Reykjaviku.

W zeszłym roku podczas wyborów istniało prawdopodobieństwo, że w parlamencie większością będą kobiety, co byłoby unikatową sytuacją w Europie. Chociaż do tego nie doszło, to warto zaznaczyć, że według Światowego Forum Ekonomicznego Islandia jest najbardziej równym pod względem traktowania płci krajem na świecie.

Nie jestem dobra w politykę, nie rozumiem jej zasad, nie umiem w dyplomację, tłumaczę ją sobie na swój własny sposób. Robiąc research o tak zwanym normalnym życiu nie sposób jednak nie dostrzec, że rząd Islandii bardzo dba o swoich obywateli.

Alpingi-Reykjavik-parlament
Budynek Alþingi – Parlamentu w Reykjaviku
pingvellir-park-narodowy-islandia
Þingvellir Park Narodowy

W Reykjaviku zaplanuj całą swoją podróż

No może nie tak dosłownie, ale!

Przez Islandię prowadzi główna droga „1” i prawdopodobnie nią będziesz jechać, jeśli planujesz zobaczyć największe atrakcje wyspy czy chociażby Golden Circle. Co jakiś czas na trasie są stacje benzynowe czy mniejsze sklepy, jeśli jednak zależy Ci, by odbyć podróż bardziej budżetowo zrób większe zakupy w Bonusie, czyli islandzkiej Biedronce. Nie będziesz się musiał martwić, że nagle nie masz co zjeść, gdy żołądek przykleja się do kręgosłupa.

Jeśli jedziesz pod namiot załaduj wszystkie swoje sprzęty, wybierz pieniądze z bankomatu – chociaż na wyspie nawet w najmniejszym sklepie będziesz mógł zapłacić kartą. Nawet szybciej niż gotówką.

Jeśli masz ochotę usiąść przy fish&chips to właśnie w Reykjaviku będziesz mieć ku temu okazje. Tutaj możesz wybierać w knajpach i knajpeczkach, na trasie nie będzie to już takie łatwe. Wiem co mówię, ta ryba chodzi za mną do teraz.

Jednym słowem, wszystkie kwestie organizacyjne załatw w stolicy.

Architektura, czyli kolorowe domy Reykjaviku

Jak już wspomniałam, zdaję sobie sprawę z tego, że Islandczycy nie czują Skandynawami, jednak nic nie poradzę na to, że mój mózg klasyfikują tą część świata jako jedno.

Nigdy nie byłam w żadnym skandynawskim kraju, miałam jednak w głowie obraz bardzo charakterystycznej architektury. No i Reykjavik bardzo mi się wpisał w ten stereotyp. Być może dlatego, że przez wiele lat zabudowania charakteryzowały się jako norweska i duńska architektura.

Budynki w Reykjaviku to raczej niskie budowle z kolorową elewacją. Niezwykle pięknie wyglądające nawet zimową porą.

Miasto się bardzo szybko rozwija, więc oczywiście zobaczysz tutaj nowoczesne budynki i wysokie szklane wieżowce, jednak to zabudowa w śródmieściu Reykjaviku zrobiła na mnie aż takie wrażenie, by o tym tutaj wspomnieć.

Kolory miasta będzie świetnie widać z wieży kościoła, o którym wspominałam w pierwszym akapicie tego wpisu.

 reykjavik-islandia-architektura
Kolorowe budynki w stolicy Islandii
ISLANDIA PODRÓŻE PORADY PODRÓŻNICZE

Gdzie zrobić instagramowe zdjęcia na Islandii?

islandia

Gdyby ktoś właśnie usiadł naprzeciwko mnie i zapytał, jakie miejsce na świecie jest najbardziej fotogeniczne, bez wahania odpowiedziałabym na jednym tchu: ISLANDIA.

Miłośnicy nietuzinkowych kadrów filmowych, podróżnicy z aparatem zawieszonym na szyi i wreszcie ci, których migawka uwięziona jest w małym, ale poręcznym aparacie nowej generacji, czyli smartfonie, będą zachwyceni. Islandia zapewnia nam różnorodność obrazków oraz zjawisk atmosferycznych, wszak pogoda lubi zmiany. Na tej wyspie szczególnie.

Miejscowi mówią nawet: „jeśli nie podoba Ci się pogoda, to zaczekaj 5 minut”.

Poniżej znajdziesz 5 moich TOP miejscówek (Zibi Top 👌), gdzie zrobisz piękne, iście instagramowe zdjęcia na… no na instagram, a gdzie 😀 Do rodzinnego albumu też można je włożyć, ale teraz już nikt chyba nie wywołuje zdjęć z kliszy. Przypomnij sobie, kiedy robiłeś to ostatni raz?

Jeśli planujesz właśnie swoją podróż na Islandię odwiedź moje wyróżnione relacje na instagramie – przemyciłam tam sporo praktycznych porad. Zachęcam Cię także do odwiedzenia wpisu Islandia – jak zrobić to tanio?

Zacznijmy jednak od początku:

Co to znaczy instagramowe zdjęcie?

Inaczej nazywane jest instagram friendly, czyli po prostu przyjazne do umieszczenia na platformie instagram.

Z jednej strony jest tych zasad trochę, z drugiej jednak… jestem zdania, że każdy może umieszczać sobie w swoim kawałku internetu co mu się żywnie podoba. Zły kadr, złamana zasada trójpodziału, niedoświetlenie albo wręcz przeciwnie – doświetlenie, jakby całe miasto miało się zbudzić, nie dyskwalifikuje Twojego zdjęcia.

Ale to moje zdanie 😀

Główna zasada instagramu brzmi: ma być ładnie. Tylko tyle i aż tyle.

A najładniejsze miejsca (tak zwane istagram friendly spoty) na południu Islandii znajdziesz poniżej wraz z mapką google, którą możesz wykorzystać w podróży.

📍 Wodospad Seljalandsfoss, czyli najpiękniejszy wodospad na Islandii

Oprócz tego, że jest oszałamiający i zachwyca już daleko z drogi, dopiero podchodząc do niego zaczyna się prawdziwa przygoda. Wysoki na 60 metrów, z ogromną siła opada na ziemię. I na nasze ubrania, włosy i aparat.

Co ciekawe, wodospad można… obejść w koło, czyli dosłownie stanąć za kaskadą wody! W słoneczny dzień poszukuj tutaj tęczy – to właśnie jedno z miejsc, gdzie można zrobić świetne miejsce. Ustaw się tak, by było widać kaskadę wody, ale także teren przed wodospadem – jeśli będzie tęcza doda uroku do Twojego zdjęcia. Zrób także kilka zdjęć, gdy stoisz tuż za wodospadem, dokładnie pośrodku. Jeśli obniżysz trochę telefon, użyjesz obiektywu szerokokątnego albo/i osoba, która zrobi Ci zdjęcia stanie jak najbliżej ściany wodospadu wówczas obejmiesz obiektywem całą swoją sylwetkę i kaskadę wody.

Kolejne świetne miejsce na instagramowe zdjęcie znajduje się tuż przed wodospadem – ten wydeptany kawałek najbardziej wysuniętego „urwiska” jest naprawdę nie do ominięcia 🙂 Będziesz musiał obok niego przejść.

Będziesz mokry, a wodna mgiełka zaszkli Twój obiektywy od aparatu albo telefonu. I będziesz tutaj szczęśliwy, jak małe dziecko. Gwarantuję Ci to!

islandia-zdjecia-wodospady-Seljalandsfoss
islandia-zdjecia-wodospady-Seljalandsfoss

📍 Wodospad Gljufrabui – najbardziej tajemnicze zdjęcie na Islandii

Kojarzysz na pewno takie zdjęcia, gdzie postać w żółtej kurtce spogląda delikatnie w górę, a za nią spada kaskada wody. No właśnie… w mojej głowie ten obrazek był inspiracją. Jak możesz zauważyć inspiracją, a nie odwzorowaniem 1:1.

Wodospad Gljufrabui znajduje się zaledwie kilkaset metrów od wspomnianego powyżej Seljalandsfoss i znajduje się w półjaskini, a żeby do niego podejść trzeba stanąć do połowy kostki w wodzie. Przejście przez rzekę jest nieuniknione i pozostaje jedynie nadzieja, że kiedy Ty się tak zjawisz wody będzie mniej niż więcej. Ale! Serio, jaki to jest fun! 🙂

Woda uderza ze znaczną siłą, zatem jakiekolwiek zbliżenie się do wodospadu kończy się przemoczeniem. No cóż, dla zdjęć trzeba czasem cierpieć i nie żartuję tutaj 😀

Wiele osób decyduje się wejść na kamień, druga osoba (lub statyw) musi się trochę oddalić i najlepiej, jeśli przykucnie delikatnie lub się obniży – wówczas efekt zdjęcia będzie jeszcze lepszy, bo obejmie także otwartą przestrzeń u góry jaskini. Przyda się także obiektyw szerokokątny.

Ja zdecydowałam się stanąć obok kamienia i jestem bardzo zadowolona z efektu! Właściwie o taki mi chodziło – już lecąc na Islandię miałam w głowie zaplanowane idealne zdjęcie z podróży i było photo przy wodospadzie 🙂

Wodospady na Islandii to temat, który od razu otwiera mi usta jak dziecku karmionemu kaszką malinową, zapraszam Cię więc na wpis, w którym opisałam najlepsze z nich, wystarczy, że klikniesz TUTAJ

islandia-zdjecia-wodospady-Gljufrabui

PRO TRAVEL & PHOTO TIP

Moim zdaniem ubranie jest bardzo ważne na zdjęciach, kiedy jednak wybierasz się na sesję zdjęciową tuż pod wodospadem pamiętaj, by to co na siebie założysz było nieprzemakalne lub spryskane preparatem wodoodpornym (ja swój kupiłam w CCC). Ma być ładne, ale jest lepiej, gdy jest ładnie i praktycznie 👌

📍 Kolorowa ulica w Reykjaviku

Kolorowa ulica w Reykjaviku to prawdopodobnie także najpopularniejsza ulica w mieście. Ulica została pomalowana w kolorowe pasy w związku z Gay Pride – w Polsce by to nie przeszło 😀

Ulica Skólavörðustígur, bo o niej mowa, znajduje się w centrum stolicy Islandii, Reykjaviku. Charakteryzuje się kolorowymi pasami, które szczególnie pięknie wyglądają na zdjęciach – warto dodać trochę nasycenia i pogłębić kontrast.

Dodatkowym atutem, który możesz wykorzystać przy tworzeniu Twoich zdjęć jest fakt, że ulica jest delikatnie z górki, dzięki czemu Katedra Hallgrímskirkja ze swoją innowacyjną wieżą jest jeszcze bardziej widoczna i może stać się ciekawym elementem na fotografii. Ulica częściowo jest zamknięta dla ruchu kołowego, jednak pieszy i tak jest spory, więc prawdopodobnie czeka Cię kilka chwil czekania na to, aż stanie się zupełnie pusta albo… uznaj, że osoby za Tobą to także element uroku miasta.

Nieco podobne miejsce znajduje się także na północy wyspy w miasteczku Seyðisfjarðarkirkja, gdzie kolorowa droga prowadzi do małego kościółka.

islandia-reykjavik-instagram-frinedly
islandia-reykjavik-instagram-frinedly

📍 Jökulsárlón – laguna lodowcowa, czas na zimowe zdjęcia

Jokulsarlon to laguna lodowcowa na Islandii i must do zobaczenia na wyspie!

Pierwotnie myślałam, że ten niebieski kolor jest efektem obróbki photo, ale jednak nie! To jezioro rzeczywiście tak wygląda, a to wszystko za sprawą połączenia się wody słodkiej i słonej z oceanu.

Jökulsárlón jest wynikiem topnienia największego lodowca na świecie Vatnajökull. Zjawisko ma miejsce od lat 30 ubiegłego wieku i jak można się domyślać nie jest niczym dobrym.

Moim zdaniem jest to jedno z bardziej fotogenicznych miejsc na wyspie, co potwierdza także fakt, że kręcono tutaj wiele produkcji filmowych, między innymi Jamesa Bonda czy Tomb Raider.

Zdjęcia robiłam tuż przy parkingu, jedynie zeszłam w dół, bliżej laguny. Uznałam, że to jest najładniejsze miejsce w najbliższej okolicy. Można wybrać się w spacer tuż obok jeziora – ale ten kawałek, który przeszliśmy nie był już taki fotogeniczny.

A teraz wyobraź sobie zorzę polarną w tym miejscu… To dopiero musi być magia i zachwyt wszystkich fotografów.

Świetne zdjęcia, które mogą być inspiracją dla Ciebie robi także Paula Jagodzińska, która już kilkukrotnie zabrała nas online ze sobą do krainy zorzą i lodem płynącej, czyli Islandii.

laguna-lodowcowa-islandia-jokulsarlon-zdjecia

📍 Reynisfjara Beach – czarna plaża

Piękna, szeroka plaża z czarnym piaskiem, w otoczeniu bazaltowych formacji skalnych, przykrywana co rusz rozpędzonymi falami oceanu, nad głowami latają rozkrzyczane ptaki.

Urokliwy obrazek, prawda? (coś chyba przesadzam z tym słowem „uroczy”, sorka). Miejsce to pojawiło się także w serialu „Gra o tron”.

Według National Geographic Reynisfjara Beach jest jedną z 10 najbardziej niebezpiecznych nieegzotycznych plaż na świecie.

Według zasad bezpieczeństwa nie powinno odwracać się tyłem do fal i podchodzić do wód oceanu bliżej niż na 30 metrów, by jak najbardziej zminimalizować ryzyko wciągnięcia. Zaledwie dzień przed moim przyjazdem zginęły tutaj dwie turystki – porwała je fala, a niestety nie jest to odosobniony przypadek. Przydomek niebezpiecznej nie wziął się przecież znikąd…

Plaża znajduje się na południu Islandii niedaleko miasteczka Vik, z pocztówkowym kościółkiem na wzniesieniu.

To wszystko sprawia, że ma się jeszcze większą ochotę zobaczyć czarną plażę na żywo. Sporo osób decyduje się wspiąć na bazaltowe formacje – ja z tego zrezygnowałam celowo. Nie wiem na ile jest to bezpieczne ani czy nie niszczy się w ten sposób środowiska. Nie taki był też mój pomysł na zdjęcie.

Tak czy inaczej, gdziekolwiek zdecydujesz się robić sobie zdjęcia – uważaj na siebie. Jeśli zamierzasz korzystać ze statywu i odwrócić się do morza tyłem zachowaj odpowiednią odległość i szczególną ostrożność.

islandia-reynisfjara-beach-zdjecia

Daj mi koniecznie znać, jakie Tobie udało się zrobić świetne zdjęcia na Islandii oraz czy moje rady były dla Ciebie pomocne. Poniżej znajdziesz także mapkę google wraz z zaznaczonymi miejscami, o których piszę w tym poście. Pobieraj śmiało! 📸

LUBIĘ NA SZCZERO

Dlaczego przestałam jeść słodycze?

slodycze-christmas-chocolate

Na pewno znasz takich ludzi jak ja – jedzą śniadanie na słodko, zamiast obiadu przegryzają ciastko, a w nocy budzą się, bo woła ich sernik z lodówki. No cóż, tak to ja. Odkąd pamiętam uwielbiam słodkie jedzenie. I odkąd pamiętam reguluję sobie nim emocje. Zdałam sobie jednak z tego sprawę dopiero rok temu i to właśnie wtedy postanowiłam zrezygnować ze .słodyczy.

Nie jadłam słodyczy przez ponad trzy miesiące

Nie jadłam słodyczy przez ponad trzy miesiące i co dziwne, nie było to jakoś bardzo wymagające zadanie dla mnie. Wtedy. Nie chodziło o sam smak słodkiego, ale o wykluczenie z diety produktów, które są „sztucznie słodkie”, czyli wszelkiego rodzaju batoniki, ciasta, cukierki.

Co ważne, uzgodniłam wtedy sama ze sobą, że pozwalam sobie na wyjątki.

Nie jestem fanką restrykcyjnych diet. Zdecydowanie bardziej preferuję czasowe wykluczenie z diety konkretnej grupy produktów lub ich ograniczenie. Dlatego też ustalam ze sobą jakieś limity czasowe, jak w tym przypadku 3 miesiące. Było jednak kilka wyjątków. Nie wyobrażam sobie, że przychodzę do kogoś na kawę, gospodarz częstuje mnie świeżo upieczonym ciastem specjalnie dla mnie, a ja odmawiam… W mojej ocenie, wówczas dieta rządzi mną, a nie odwrotnie. Nie chcę dopuścić do takiej sytuacji.

Oczywiście, nie udałoby mi się to, gdyby nie silna wolna. I ja nie widzę tutaj sprzeczności z tym co napisałam wcześniej.

Bo dla przykładu – gdy w biurze ktoś otwierał czekoladę, to po prostu dziękowałam. Mam nadzieję, że rozumiesz tutaj różnicę?

Po co mi to było?

Jak wspomniałam już wcześniej, jedzenie jest świetnym regulatorem emocji. Do tego społecznie akceptowalnym. Przecież nie ma świąt, urodzin, imienin czy jakiejkolwiek innej okazji bez suto zastawionego stołu, prawda?

Rok temu miałam gorszy czas w moim życiu, wiele mocnych dział wystrzeliło w moją stronę równocześnie i nie miałam w sobie siły, by dbać o to, co znajduje się na moim talerzu. Równocześnie wiedziałam, że słodycze będą zawsze moim pierwszym wyborem, a nie chciałam do tego doprowadzić. Postanowiłam więc wykluczyć je z diety. Początkowo na 21 dni, do Świąt Bożego Narodzenia.

Po nowym roku postanowiłam jednak wrócić do ich niejedzenia, bo… zaczynałam widzieć pierwsze efekty w moim organizmie, ale o tym za momencik.

Dodatkowo, skoro słodycze regulują moje emocje, musiałam znaleźć inne dla nich ujście. Stąd na przykład pomysł na mojego eBooka.

Jak rozpoznać, że słodycze regulują Twoje emocje?

Ja jadłam zawsze coś słodkiego, gdy byłam smutna, gdy było mi źle, gdy potrzebowałam się pocieszyć. To jest chyba dobre określenie, że słodycze w moim przypadku były pocieszeniem. Krótkotrwałym, raczej związanym z wyrzutami sumienia, ale jednak.

To też raczej nie jest niczym szczególnym, bo dość powszechne jest w naszej kulturze zajadanie stresów czekoladą czy pochłanianie pudełka lodów po zawodzie miłosnym. I jasne, nie ma w tym niczego złego, o ile nie staje się to naszym nawykiem.

A moim się stało.

Słodycze, ale też w ogóle jedzenie, często zastępuje nam odpoczynek, relaks, są odpowiedzią na nudę…

Przykładów mogłabym podawać tutaj masę, jednak i tak nie rozpracowałabym ich wszystkich. Dlaczego? Bo każdy z nas jest inny.

Jeśli czujesz, że coś w Twojej relacji z jedzeniem jest nie tak. Czujesz, że sprawia Ci ono nadmierną radość, Twoje życie kręci się wokół posiłków, a pod ręką zawsze musisz mieć coś słodkiego, to chyba czas, żeby zadać sobie kilka pytań.

Wróciłam do jedzenia słodyczy i… znów przestałam

Po tych trzech miesiącach powoli wprowadzałam słodkie rzeczy do mojej diety. Bardzo długo jadłam je racjonalnie, bez konotacji emocjonalnych, jednak z upływem czasu wróciłam do starych nawyków. Dlatego też 1 grudnia postanowiłam, że robię sobie kolejny detoks słodyczowy. Tym razem było momentami bardzo trudno. Mniej więcej w połowie miesiąca marzyłam wręcz o gorącej czekoladzie z małymi piankami marschmallow.

Czym się ratowałam? Daktylami i bananami. A już daktyle z masłem orzechowym to jest w ogóle mistrzostwo na skalę Nobla, Grammy i Złotej Piłki razem wziętych.

No ale dobra, po 24 dniach, w Wigilię moje śniadanie składało się z kubka gorącej czekolady z piankami oraz croistanta z kremem pistacjowym. Słodko w chuj. Tak słodko, że nie mogłam tego dojeść. Ja?! No ale tak, serio.

O co mi z tym chodzi?

Oprócz tego, że staram się nie regulować emocji jedzeniem, to równocześnie odzwyczajam mój organizm od słodyczy, od sztucznych dodatków, syropu glukozowo-fruktozowego czy po prosu cukru. Dlatego, gdy po trzech tygodniach zabieram się za jedzenie słodyczy to… wszystko jest dla mnie po prostu za słodkie! Ale tak aż cierpko.

Wiedziałam, że tak będzie, bo kilka miesięcy temu miałam identyczne doświadczenia. Nasz organizm się odzwyczaja od takiej ilości cukru, równocześnie jednak bardzo szybko przyzwyczaja się do niego. Dlatego, gdy regularnie jemy słodycze, nie czujemy jak bardzo słodkie one są. Czy jest sens w tym co piszę? 😀 Wydaje mi się, że jest.

Kolejnym skutkiem „ubocznym” niejedzenia słodyczy jest… brak migren. I tak samo, gdy tylko wróciłam w Święta to łasuchowania niemal od razu zaczęła mnie boleć głowa. Co ciekawe, kiedyś w ogóle bym tego nie łączyła. Oprócz bólu głowy dopadła mnie senność, niemalże odcięcie, spowodowane po prostu cukrem.

To jest bardzo ciekawe, obserwować na sobie te wszystkie skutki i działania naszego ciała. Nie jestem jednak ani dietetykiem, ani lekarzem, więc nie wypowiadam się tutaj naukowo, a jedynie przedstawiam moje subiektywne opinie. Eksperyment z odstawieniem słodyczy ma tak wiele plusów, że chociażby z ciekawości, zachęcam Cię do spróbowania.

slodycze-chocolate-christmas

Czy już nigdy nie zjem słodyczy?

Oczywiście, że zjem! Jak już pisałam wcześniej, nie jestem zwolenniczką radykalnym rozwiązań. Mając jednak świadomość jak działają na mnie słodycze ze sklepu mam wybór czy aby na pewno chcę po nie sięgać, czy jednak wybiorę sok pomarańczowy (świeżo wyciskany) i budyń jaglany z bananem i daktylami, mniam!

PORADY PODRÓŻNICZE

Idealny prezent dla podróżnika

turcja-antalya-traveler

Do świąt zostało zostało kilka dni i choć obiecywałam sobie, że w tym roku będzie inaczej to… no cóż, pewnych rzeczy nie da się tak łatwo zmienić. Właśnie zamówiłam prezenty świąteczne, bo bieganie po sklepach, chociaż pięknie przyozdobionych już od połowy listopada, nie jest na moje pokłady cierpliwości.

Ja co prawda sprawiam prezenty pewnym małym dżentelmenom, nie mniej już teraz próbuję zaszczepić w nich bakcyla podróżnika. A jeśli Wy chcecie obdarować trochę większego podróżnika to przychodzę z odsieczą. I nie będzie to typowa lista, tylko rzeczy z mojej szafy, które mi się sprawdziły w podróży albo… które sama chciałabym dostać i może akurat mój Święty Mikołaj to przeczyta 😉

Plecak na dłuższą wyprawę

Kiedy zdecydowałam się, że polecę w podróż z plecakiem, w którym będę nosić cały swój dobytek, rozpoczęłam poszukiwania. I wcale nie było łatwo, bo nie bardzo wiedziałam, czego chcę… Albo inaczej, wiedziałam, ale nie chciałam wydać takiej kwoty. I właśnie dlatego wrzucam go tutaj jako pierwszy prezent, bo jest po prostu drogi. I może w Waszym otoczeniu jest także ktoś, kto będzie go potrzebował.

Plecak otwiera się jak walizka, co jest niesamowitym jej atutem! Druga rzecz, która mnie w nim zachwyciła, to to, jak świetnie jest przystosowany do naszych pleców, dodatkowy pas na biodrze zabiera także trochę wagi z kręgosłupa. Dla mnie, początkującej podróżniczki te rzeczy są bardzo ważne. Dodatkowo w pakiecie otrzymujemy wodoodporny pokrowiec, z której ja akurat jeszcze nie korzystałam. Pojemność plecaka to 50l, co w zupełności wystarczy nawet na miesięczną i dłuższą podróż. Podpatrzyłam go u Kasi z Podróży Odbytej.

No i poza tym, plecak jest po prostu ładny 🙂 Kupicie go w Decathlonie, link TUTAJ

plecak-cay-turcja-podroz

Książki to zawsze dobry prezent!

Chyba trudno się z tym nie zgodzić, prawda? Tyle tylko, że… muszą być dopasowane do czytelnika. Zdarzało mi się już dostawać książki, które, hmmm, jakby to zgrabnie ująć, nie były w obrębie moich zainteresowań 😛 No dobra, jak dla podróżnika, to coś o podróżach, prawda?

Nie jestem zwolenniczką przewodników, za to uwielbiam reportaże albo opowieści z kraju, do którego akurat lecę. Mam w rękawie kilka perełek dla Was i Waszych podróżników:

TURCJA ubrana w reportaże

Dwie świetne książki, które powiedziały mi bardzo dużo o kulturze Turków, ich historii, a nawet o ich… jedzeniu. Pozycje obowiązkowe dla wszystkich, którzy są zakochani w Imperium Osmańskim.

Wróżąc z fusów. Reportaże z Turcji

Marcelina Szumer-Brysz – wraz z autorką przenosimy się do Izmiru, na zachód Turcji. Odkrywa przed nami oblicze kraju, a właściwie kilka z nich. To dzięki niej poznałam „Burası Türkiye!” oznaczające „Tutaj jest Turcja”, co w wolnym tłumaczeniu oznacza: „Tutaj jest Turcja, wszystko jest możliwe!”. Do tej pozycji wracałam już trzy razy, do kolejnej zresztą podobnie! Książkę kupicie TUTAJ

Merhaba. Reportaże z tomu „Zabójca z miasta moreli” i osobisty słownik turecko-polski

Ferenc Andrzej – kiedy czytałam ją po raz pierwszy momentami się śmiałam, momentami nie mogłam wyjść z zaskoczenia. Bardzo polecam! Książka została przetłumaczona na 10 języków, była także nagradzana. Myślicie, że fenomen tureckich seriali jest jedynie wśród naszych babć? Ha! To przeczytajcie co dzieje się na tureckiej wsi w porze serialowej 🙂 Kupicie ją TUTAJ

BUŁGARIA – zakochasz się w tym kraju!

Bułgaria była moim wyborem dość… impulsywnym i pewnie gdyby nie pomoc w postaci książki, to byłoby mi ją o wiele trudniej zrozumieć. Ostatecznie nie dość, że stała mi się bliższa, to jeszcze skradła moje serce.

Bułgaria. Złoto i rakija

Magdalena Genow – najbardziej polecam czytam będąc w Bułgarii. To jest niesamowite doświadczenie widzieć na własne oczy to wszystko, o czym wspomina autorka. Otrzymujemy zarys historyczny, kulturowy, społeczny. Bardzo, bardzo dobra pozycja. Książka do dostania TUTAJ

TAJLANDIA

Książka traktuje o pierwszej dalekiej podróży młodej dziewczyny, z plecakiem, solo. Chociaż nie przeczytałam jej jeszcze całej, to już teraz bardzo ją polecam. To nie jest pozycja, z której dowiecie się o zwyczajach Tajów czy ich historii, jest inna niż powyższe propozycje. Jednak to właśnie w niej odnalazłam siebie. Moje lęki, słabości, złości. Moim zdaniem obowiązkowa pozycja dla wszystkich dziewczyn, które marzą, by same wyruszyć w drogę!

Mowa o Wszędzie w domu. Tajlandia, Kambodża, Wietnam Dodo Knitter – aktualnie w promocji, pochłonęłam cały rozdział o Tajlandii siedząc w samolocie z Islandii do Katowic. Dodo napisała także swoją pierwszą książkę Wszędzie w domu, ale dobrze najlepiej – czytałam tylko jej darmowy fragment i bardzo mnie wciągnęła, może Aniołek mi ją przyniesie pod choinkę 🙂

dodo-knitter-ksiazka

LEGIMI – czyli mam dla Ciebie prezent, czytaj za darmo!

Czasy, kiedy wiozłam ze sobą książki w walizkę mam już za sobą. Przerzuciłam się na ebooki i audiobooki i muszę przyznać, że je uwielbiam. Czytam na telefonie, chociaż wiem, że nie jest to najlepsza opcja. W podróży jednak najwygodniejsza dla mnie.

Od prawie roku korzystam z abonamentu LEGIMI, ściągam interesującą mnie pozycję i czytam nawet będąc offline. Świetne jest także to, że ebooki może zmienić w… audiobooki! Są co prawda czytane przez automat, jednak radzi on sobie bardzo dobrze i ma kobiecy głos 🙂

Korzystając z mojego kodu otrzymujesz dostęp do platformy na 30 dni za darmo. Jeśli nie chcesz przedłużać subskrypcji, możesz z niej zrezygnować bez żadnych opłat. Sama tak początkowo skorzystałam z kodu AniaMaluje.

Wchodząc bezpośrednio na stronę możesz skorzystać z 7 dni darmowych na platformie, korzystając z mojego linku aż 30 dni: https://www.legimi.pl/kod/m7zwq/

Co ja z tego mam? Za każde moje polecenie i Twoje darmowe 30 dni, ja otrzymuję dwa tygodnie darmowego czytania. Chyba uczciwy deal, prawda? 🙂

A może jednak przewodnik?

Wiem, że są osoby, które uwielbiają przewodniki. Ja do nich niestety nie należę. Nie przypada mi do gustu ani ich firma, ani treść. Poza jednym… Przewodniki Marco Polo w wersji smart są czymś, co mogę polecić! Kompaktowa wielkość na… spirali! Jakie to jest genialne! Przewodnik się nie zamyka sam od siebie, możecie przerzucać lekko strony – taka mała rzecz, a jakże cieszy! Do tego świetna treść – znalazłam w nim kilka miejsc, o których nie czytałam nigdzie wcześniej. Kupił mnie jednak sformułowaniem, że Kościół Świętej Trójcy w Rzymie jest piękny z zewnątrz, jednak niekoniecznie trzeba wchodzić do środka… Takie przewodniki chcę czytać! Przewodnik po Rzymie znajdziecie TUTAJ

przewodnik-rzym-marco-polo

Kto Ci poda na starość szklankę wody?

Ja liczę na to, że nikt. Wolałabym się napić prosecco, no, ale… Jednym z moich game changerów podróżniczych jest butelka filtrująca. Ja akurat mam swoją z marki Brita, dostałam ją przy zakupie laptopa, na którym właśnie piszę. Zaczęłam jej używać jednak kilka miesięcy temu, a we Włoszech przepadłam. Własna butelka to nie tylko oszczędność pieniędzy, ale też wsparcie dla środowiska.

Wyobraź sobie, przechodzisz przez kontrolę, jesteś już na terminalu, woda to wydatek rzędu 2 EUR, a Ty idziesz sobie elegancko do łazieneczki i napełniasz swoją butelkę. Za friko. Szach-mat!

P.S. Kiedy będziecie ją otwierać w samolocie to radzę ostrożnie… Chyba, że chcecie tak jak ja oblać wszystkich obok siebie! 😀 No cóż, ciśnienie, te sprawy…

Do dostania macie trzy kolory: limonkową (taką, jak ja mam), różową oraz niebieską.

brita-rzym-butelka

Świetnie sprawdzą się też wszelkiego rodzaju kubki termiczne. Ciepła kawa czy herbata ratowała mój tyłek w górach i na Islandii.

Zupka chińska w metalowym kubku

Albo cokolwiek tam chcecie 🙂 Idealny prezent dla wszystkich, którzy podróżują na dziko, śpiąc w namiocie, samochodzie, chodząc po górach, albo po prostu lubią być niezależni. Sama nie mam żadnego ładnego (ten ze zdjęcia był pożyczony), więc wrzucam Wam tutaj kilka, które szczególnie mnie urzekły.

islandia-kubek-metalowy
islandia-kubek-metalowy

Najlepszą pamiątką z podróży są zdjęcia!

Kiedy jestem sama w podróży to zdjęcia robię sobie sama 🙂 Rzadko proszę o pomoc, musi mi się ewidentnie nie chcieć rozkładać statywu albo nie mam na to czasu. Niestety zdjęcia wychodzą wtedy różne 😀 Ufać mogę tylko moim ustawieniom i mojemu Maxowi. A Max to mój statyw. Nasz związek trwa jakieś półtora roku i ma się całkiem dobrze 🙂 Po złożeniu jego wymiary odpowiadają najmniejszemu bagażowi podręcznemu, jaki możemy ze sobą mieć w tanich liniach lotniczych. Do statywu dołączony jest pilot do telefonu, z którym łączy się przez bluetooth. Statyw kupicie na Allegro TUTAJ

Mapa zdrapka

Niektórzy nie liczą w ogóle miejsc, które odwiedzili, cześć jest z tym na bieżąco. Dla tych drugich fajnym prezentem będzie mapa zdrapka! Mapę można włożyć w ramkę i z dumą podziwiać nasze dokonania na ścianie. Przyznam się Wam do czegoś 😀 Kupiłam kiedyś mojemu byłemu taką i… sama ją zdrapałam 😀 To było silniejsze ode mnie 😀 Taką mapkę dorwiecie TUTAJ albo TUTAJ trochę lepszą.

City break jako prezent?

It’s always a good idea! Sama ją praktykuję! Tanie bilety kupicie np. u tych przewoźników: Wizzair lub Ryanair, a noclegi zabookujecie na Bookingu lub Agodzie – polecam sprawdzać ceny w tych dwóch serwisach. Osobiście nic nie ucieszyłoby mnie bardziej, niż bilety lotnicze pod choinką 🙂 Polecam ściągnąć z sieci wzór biletu lotniczego i uzupełnić go według naszych potrzeb np. w canvie albo innym programie graficznym.

No i jeszcze jedna ważna rzecz – taki prezent zdecydowanie może być last minute 🙂

islandia-wodospad

Ale najlepszy prezent to…

Czasem najlepsze co, możemy komuś ofiarować, to nasza obecność i czas. Prezenty są miłym gestem, ale równie miłe jest napisanie komuś smsa czy wybranie telefonu i życzenie mu miłego dnia. To nic nie kosztuje, a dla drugiej osoby może znaczyć naprawdę wiele.

Życzę Wam pięknych Świąt!

*część z podanych linków jest afiliacyjna

EUROPA ISLANDIA PODRÓŻE

Najpiękniejszy wodospad na Islandii – moje TOP 5

wodospad-islandia-Seljalandsfoss

Mój komputer lubi mnie zaskakiwać różnymi tapetami. Zdarza się, że miejsce jest tak piękne, że sprawdzam i czytam, gdzie to jest. Pewnego razu na moim ekranie ukazał się wodospad, ogromny, potężny. To była Islandia. Po raz pierwszy wówczas pomyślałam sobie, że chciałabym ją zobaczyć.

Słyszałam o Islandii wiele, oglądałam zdjęcia i filmy, jednak nic mnie nie poruszyło. Aż do czasu tej tapety na komputerze 🙂

Jestem zodiakalnym rakiem, więc uwielbiam wodę. Uwielbiam na nią… patrzeć! I jeśli mam być szczera, to na mnie największe wrażenie na całej wyspie robiły właśnie wodospady. Podczas mojej podróży odwiedziłam ich 5, skończymy na tym najbardziej spektakularnym. Wrzucę też tutaj mapkę google, żebyście od razu mogli zaplanować swoją trasę 🙂 Lecimy z tą listą przebojów!

5. Wodospad Faxi

Jedziemy sobie drogą w stronę gejzerów, a tu nagle… wodospad! Nie będę Was oszukiwać Faxi, czy też Vatnsleysufoss jak jest także określany, nie wygląda bardzo spektakularnie, ale jest w nim coś uroczego. Chociaż nie, przepraszam! Nie jest zbyt wysoki, to fakt, ale jednak całkiem szeroki. Nazywany małym Gulfossem mierzy 7 merów wysokości i aż 80 metrów szerokości.

W sezonie, by się tutaj dostać należy wnieść opłatę wjazdową (wodospad znajduje się na terenie prywatnym), w listopadzie nie musieliśmy jednak płacić. Nie wiem czy to ze względu na sezon czy covid… Tuż przy wodospadzie znajduje się parking oraz kawiarnia, oczywiście z widokiem. Chociaż w środku świeciło się światło, była zamknięta na cztery spusty.

Jeśli będziecie w okolicy, a na pewno będziecie, warto tutaj podjechać albo, jeśli lubicie ustronne miejsca – zatrzymać się na kawę.

wodospad-faxi-islandia-iceland

4. Gulfoss

Jeden z najbardziej znanych wodospadów w Złotym Kregu. Opada kaskadowo z dwóch półek o łącznej wysokości 32 metrów. Podobno w każdej sekundzie przepływa przez niego aż 110 metrów sześciennych wody!

Nazwa wodospadu Gulfoss oznacza dosłownie „złoty wodospad”. Zgodnie z legendą pewien rolnik imieniem Gýgur z miasteczka Gýgjarhóll nie mógł się pogodzić, że po jego śmierci ktoś miałby przejąć jego złoto. Długo myśląc i nie wiedząc co zrobić spakował cały swój majątek w szkatułkę i… wrzucił do wodospadu. Sytuacja została opisana w dziennikach Sveinna Pálssona, lekarza i miłośnika Islandii, z przełomu XVIII i XIX wieku. Od tego czasu wodospad zaczął być nazywany złotym.

Z tym wodospadem wiąże się jeszcze jedna historia. Przez wiele lat ten teren był terenem prywatnym, a w związku z siłą wodospadu narodził się pomysł stworzenia tutaj hydroelektrowni. Pomysł był bardzo blisko realizacji, jednak córka właściciela terenu, Sigríður, walczyła o wodospad niczym lew. Do historii przeszły też słowa jej ojca: „nie sprzedam swojego przyjaciela!”. To właśnie Sigríður dorastając tutaj torowała pierwszą drogę do wodospadu, by inni także mogli się nic zachwycać. W sądzie reprezentował ją Sveinn Björnsson, późniejszy pierwszy prezydent Islandii. Jak możecie się domyślać, inwestycja się nie udała. Walka w sądzie trwała lata i była wyczerpująca – często Sigríður musiała pokonywać drogę do Reykjaviku pieszo (ponad 100 km). Dzięki jej uporowi dzisiaj i my możemy podziwiać jej przyjaciela.

Jest piękny!

Co za czasy, mieć na swojej działce prywatny wodospad…

wodospad-gulfoss-islandia-iceland

3. Skofagoss

Największy wodospad, jaki widziałam na Islandii. Jaki widziałam w ogóle w życiu, jeśli mam być szczera. Wysoki na 60 metrów i szeroki na 25. Można podejść dosłownie pod sam wodospad – zapewniam, że dosięgnie Was mgiełka.

Ciekawostką jest fakt, że można wyjść na klif. Do pokonania mamy jednak sporo schodów – już pod koniec zaczęło kręcić mi się w głowie, niemniej jeśli macie chwilkę to polecam. Zbaczając trochę z trasy (nieoficjalnie, ale jest ścieżka) możesz podejść dokładnie na wysokość półki skalnej, gdzie opada wodospad. Zaś na samej górze czeka nas widokowa antresola nad wodospadem. Można też przespacerować się wzdłuż rzeki.

2. Wodospad Gljufrabui

Perła wśród wodospadów i to dosłownie. Niewiele osób tutaj dociera, chociaż jest tak blisko tego miejsca. Wodospad ukryty jest w jaskini z otwartym klifem skalnym. By się dostać do wnętrza trzeba się zmoczyć, ale bez paniki – zaraz będzie mokrzy cali 🙂 Podejście jest raczej łatwe, trzeba jedynie uważać, bo może być ślisko, więc odradzam zwykłe adidasy.

Wodospad występuje także pod nazwą Gljúfrafoss, a jej dosłowne tłumaczenie oznacza „dom w kanionie”. Nie wiem, czy można poczuć się tutaj jak w domu, ale z pewnością otworzycie buzię ze zdziwienia, a jeśli jesteście jeszcze wrażliwi na piękno natury, długo jej nie zamknięcie. Wysokość wodospadu to 40 m.

W jaskini znajduje się także ogromny głaz (większość osób wchodzi na niego, by zrobić sobie zdjęcie). Kamień nazywa się Franskanef, czyli francuski nos, ze względu na swój kształt.

Moje ulubione zdjęcie z tej podróży powstało właśnie tutaj oraz 500 metrów dalej, czyli przy wodospadzie…

wodospad-islandia-gljufrabui

1. Seljalandsfoss

Kiedy tylko go zobaczyłam na jednym z filmików na YT wiedziałam, że muszę go też zobaczyć na żywo. I o rany, jakie to jest wow! Wodospad widać już z drogi, kaskada wody z ogromną siłą nieprzerwanie spada w dół, a Ty możesz tylko stać i się zachwycać. Co ciekawe, miejsce, gdzie upada woda było kiedyś wybrzeżem wyspy.

Woda spada z wysokości 60 metrów, wodospad nie jest jednak zbyt szeroki (15 m). Jego siła jednak powoduje, że nawet sporo metrów dalej tworzy się wodna mgła, a Wy jesteście mokrzy 🙂 Dobre ciuchy tutaj są na wagę złota, tym bardziej, że… wodospad można obejść dookoła! Dokładnie tak! Można wejść na półkę skalną i podziwiać wodospad będąc dosłownie pod nim. W słoneczny dzień można zobaczyć tutaj tęczę, a to musi być niezapomniane przeżycie. Szkoda, że mi się nie udało. Wodospad nocą jest także podświetlony.

Na parkingu są ogrzewane (!) toalety, co jest o tyle świetne, że można od razu się wysuszyć i zmienić ubranie. Jest też sklep z pamiątkami, jakaś knajpka. Parking w sezonie letnim prawdopodobnie jest płatny, teraz był darmowy. Przy wodospadach znajduje się też camping (bliżej Gljufrabui, tam spróbujcie zaparkować za darmo). Wodoodporne ubranie, peleryny i dobre buty przydadzą się bez dwóch zdań. Ja zarówno buty jak i kurtkę spryskałam preparatem, który zatrzymuje wodę, dostałam go w CCC i muszę stwierdzić, że spełnił swoje zadanie, bo buty absolutnie nie były wodoodporne, a nic nie przemokło, mimo, że chodziłam po rzece 😀 Preparat znajdziecie TUTAJ

Buty, które absolutnie mi się sprawdziły – były ciepłe, nie przemakały i są na zamek (wiązanie jest tylko dla ozdoby) – to jest taka wygoda! Polecam wziąć rozmiar większe – też to zrobiłam za radą koleżanki i dzięki temu mogłam ubrać grubą, futrzaną skarpetkę – spoko wyglądała wystając z buta i była przede wszystkim ciepła. Buty znajdziecie TUTAJ

Podobny model, też mierzyłam TUTAJ

Jeśli masz czas zobaczyć tylko jeden wodospad to wybierz te – Seljalandsfoss na pewno Cię zachwyci, a przy okazji zobaczysz perełkę, o której jednak mało kto wie – wodospad Gljufrabui.

Poniżej udostępniam mapkę google z zaznaczonymi wszystkimi wodospadami z tekstu, enjoy!

TUTAJ znajdziesz moje pozostałe wpisy o Islandii

TUTAJ zobaczysz zapisane relacje stories na instagramie

  • linki są afiliacyjne, jednak wszystkie produkty polecam i sama zakupiłam
EUROPA ISLANDIA PODRÓŻE PORADY PODRÓŻNICZE

Islandia – jak zrobić to tanio?

islandia-wodopad-skofagoss

Jak tanio polecieć na Islandię? To całkiem dobre pytanie, bo Islandia uznawana jest za jeden z droższych kierunków. Wszyscy zostawiają go na czasy, kiedy będzie się wystarczająco bogatym albo nie będzie szkoda pieniędzy. Łącznie ze mną. Tymczasem okazuje się, że Islandia nie jest wcale taka droga, jakby się mogło wydawać!

Za mój pobyt, od wtorku do soboty, wydałam ok 1455 zł. ZA WSZYSTKO. Mało tego, uważam, że spokojnie można z tej kwoty jeszcze obciąć – nie wciskając w siebie tony czekolady czy chipsów, jak w moim przypadku, albo nie korzystając z płatnych atrakcji (na które wydałam ponad 200 zł).

No dobra, to jak się zabrać do tej Islandii?

Znajdź tanie loty na Islandię

Na szczęście czasy, kiedy za loty na Islandię trzeba było zapłacić minimum 800 zł minęły. Aktualnie koszt biletów może wynieść nawet 100 zł w dwie strony! Nie wierzysz? To patrz, jakie znalazłam promki i wrzuciłam je na stories (wpadaj do mnie na IG, mam nadzieję, że też się zainspirujesz:)

Wszystkie powyżej połączenia to różowa samolotowa landrynka Wizz Air, czyli jedna z dwóch najbardziej popularnych lowcostowych linii lotniczych.

Wybrane loty odbywają się bez dodatkowego bagażu (oczywiście jest możliwość jego dokupienia, ale to już zwiększa koszty). W cenie biletu możemy zabrać jedna sztukę bagażu o wymiarach 40x30x20 cm. Zrobię osobny wpis o tym, jak się pakować przy ograniczonym bagażu, ale na szybko wrzucam Wam tutaj dwie rady:

PRO TRAVEL TIPS

Zabieraj ze sobą zawsze plecak – nawet, jeśli jego wymiary przekraczają te wymagane, to dzięki temu, że plecak jest wykonany z materiału, będziesz mogła go zgiąć, przygiąć i upchać w wizzowych różowym koszyczku podczas kontroli, sprawdzone 👌

A drugi tip, to… zapakuj się w poduszkę. Serio. Ja wiem, że trochę cebula, ale co zrobisz, jak nic nie zrobisz?! Ewentualnie w torbę duty free, to już wersja cebula lux 😅

airport-lotnisko-plecak-travelgirl

Wszystkie podane ceny obowiązują w Wizz Discount Club. Osobiście bardzo polecam ten program, bardzo często zwraca się już przy pierwszym locie, a można jego koszty podzielić na dwie osoby, o ile zawsze latacie razem.

Islandia – tanie nocowanie? Da się!

Opcji jest kilka: u kogoś – na Islandii jest masa Polaków, można więc znaleźć kogoś na instagramie, couchsurfingu albo na grupach na FB. Jeśli jednak wolicie większą swobodę to polecam wynająć samochód z namiotem dachowym (raczej w sezonie letnim) lub po prostu campera. Na Islandii jest całkiem sporo campingów, więc o to się nie bójcie. Między innymi tuż przy wodospadzie Seljalandsfoss. To musi być marzenie (a przynajmmniej moje jest!) obudzić się w takim miejscu, tuż przy naturze!

No dobra, ale jest zima. Ja zatrzymałam się w hoteliku Welcome Edinborg pod dokładnym adresem: Lambafell, 861 Eyvindarhólar, Islandia. Jego lokalizacja jest o tyle świetna, że znajduje się w centralnym miejscu południowego wybrzeża wyspy. Dodatkowo jest przepięknie położony i kosztuje jedynie trochę ponad 100 zł za osobę za noc! Więcej opisałam o nim TUTAJ.

Wynajem samochodu na Islandii

No niestety to jest koszt, którego nie jesteście w stanie zminimalizować. Polecam brać samochód w 4 osoby, wówczas koszty wynajmu i paliwa (aktualnie cena to ok. 7,80 zł za litr) rozkładają się całkiem przyjemnie. My zrobiliśmy jakieś 1000 km i paliwo wyszło nas 600 zł za cały samochód. Zapewne pierwszego lub ostatniego dnia pobytu spędzicie w Reykjaviku – tutaj kursują autobusy, więc możecie sobie odpuścić na ten dzień samochód.

Przemieszczanie się na wyspie bez samochodu będzie trudne, ale nie niemożliwe. Autobusy jeżdżą wzdłuż głównej drogi „1”, a autostop też da radę (bo głównie jedna droga), ale i tak trzeba będzie swoje odstać. Nie polecam późną jesienią i zimą.

Mogę polecić Wam polską wypożyczalnię w Keflaviku Ice Pol. Polską, bo właścicielami są Polacy. Wszystko było w porządku, poza tym bardzo dużo osób ich poleca, mają świetne opinie.

Kto chodzi tutaj po knajpach?!

Pisząc ten post, to uświadamiam sobie, że w sumie w Rzymie nie było dużo taniej… Niemniej za obiad w restauracji trzeba liczyć tutaj około 100 zł, za kawę 20 zł. Myślałam, że uda mi się zjeść tutaj jakąś rybkę, ale właściwie nie było gdzie. Znalezienie knajpek na trasie nie jest wcale takie łatwe. Miałam za to zapas prowiantu z Polski i odwiedzałam regularnie market Bonus, czyli odpowiednik naszej Biedronki, tylko, że świnka 😅

Wrzucam poniżej mapkę z miejscami, gdzie znajdują się sklepy i w jakich godzinach są otwarte. Warto wiem zaopatrzyć się w trochę więcej wody i czegoś na ząb, bo o 21 może być ciężko o kolację.

PRO TRAVEL TIP

Na każdej stacji dostaniesz za darmo wrzątek. Zabierz ze sobą kubek termiczny na herbatę czy kawę i kubek do przyrządzenia swojej potrawy. Przy okazji w toalecie od razu możesz umyć naczynia.

Wszystko co najlepsze na Islandii jest… darmowe

Serio, wszystko co jest najlepsze na Islandii jest darmowe! To, co wzbudziło mój największy zachwyt, czyli wodospady, jezioro polodowcowe czy czarna plaża Reynisfjara są dziełem natury, a dostać się do nich można zupełnie za darmo. Zresztą w wielu miejscach turystycznych są także darmowe parkingi i toalety – zwiedza się tutaj i poznaje wyspę mega komfortowo. Islandia pod tym kątem jest naprawdę bardzo dobrze przygotowana turystycznie.

Ja jednak skorzystałam z kilku płatnych miejsc – pewnie, gdybym podróżowała sama to z dwóch na trzech bym nie skorzystała, niemniej mam przynajmniej swoja opinię i mogę ją Wam przekazać, a Wy zrobicie z tym co chcecie 🙂

Natomiast z przyjemnością jeszcze raz zapłaciłabym 1000 ISK (ok. 30 zł) za zobaczenie stolicy Reykjaviku z góry z wieży Kościoła Hallgrímskirkja. Kościół jest największym na Islandii i ciężko będzie Wam go przegapić w mieście (obok jest darmowy parking). Szybki przejazd windą i możesz zobaczyć stolicę w 360 stopniach i na wysokości 74 metrów.

Byłam także w muzeum Wikingów w Keflaviku (koszt 1500 ISK) – fajne miejsce, ale dla osób, które się interesują tematem (czyli nie ja) albo dla rodzin z dziećmi. W sumie to warto też dla statku i dobrej kawy 😀

No i Blue Lagoon – jeśli uwielbiacie ciepłe baseny to będziecie zachwyceni, jeśli tak jak ja, tylko czasem, to nie wiem czy warto. Ja także byłam po zmroku i jeśli mam być szczera, to oprócz komfortu w samym budynku, nie widziałam różnicy w porównaniu z termami w Zakopanem. Myślę, że warto odwiedzić to miejsce za dnia, bo wówczas rzeczywiście może powalać. Cennik znajdziecie TUTAJ. Ja następnym razem będę chciała wykąpać się w naturalnych basenach geotermalnych albo gorącej rzece. Tak, będzie następny raz!

To, co konieczne, czyli test covidowy

No niestety, Islandia pomimo Certyfikatu Covidowego wymaga jeszcze aktualnego testu na obecność koronawirusa. Cenę można obciąć, bo może to być test antygenowy, który jest jednak sporo tańszy od PCR. Ja zawsze wykonuję testy w jednym miejscu i jest to laboratorium GynCentrum.

Test antygenowy z rabatem (kody są dostępne w internecie) kosztował mnie 75 zł, a wynik dotarł do godziny.

No niestety, tego kosztu się nie pozbędziemy, jest on obligatoryjny. Za to rejestracja na stronie wjazdowej https://www.covid.is/polski odbywa się już bezpłatnie – na koniec przychodzi nasz kod wjazdu, który okazujemy na lotnisku.

I tyle! To wszystko jest naprawdę bardzo proste, trzeba tylko nabrać wprawy, czego Wam życzę 🙂

5 dni na Islandii za poniżej 1500 złotych uważam, za bardzo dobry wynik. Oczywiście są tutaj też takie koszty, których nie wymieniłam, bo będą bardzo różne dla każdego, jak dojazd do lotniska w Polsce czy ubezpieczenie zdrowotne. Uważam, że tą kwotę jest spokojnie można przyciąć o 200-300 zł, a nawet i więcej, jeśli zupełnie nic do jedzenia nie będziecie kupować na miejscu. Wszystko zależy od Waszych predyspozycji.

Więc jeśli zastanawiasz się czy warto – to moja myśl o powrocie powinna Ci już dać odpowiedź. A jeśli do tej pory uważałeś, że Islandia jest droga, to mam nadzieję, że w tym poście, Cię przekonałam, że nie.

Przyjemnej podróży!

EUROPA ISLANDIA PODRÓŻE PORADY PODRÓŻNICZE

Islandia: nocleg za 100 zł – to jest możliwe!

islandia-hotel

Nie będę kłamać, że Islandia nie jest drogim krajem, bo niestety jest. Dwa największe koszty podczas podróży, jakie będziecie musieli pokryć, to wynajem samochodu (moim zdaniem bez auta na wyspie będzie bardzo ciężko się poruszać) oraz noclegi.

Można wypożyczyć kampery albo terenówki z namiotem na dach, jednak w listopadzie ze względu na niską temperaturę to raczej nie wchodziło w grę. Na szczęście mam dla Was sprawdzony przeze mnie hotel, blisko głównej trasy „1”, pięknie położony i przede wszystkim bardzo tani.

Nocleg wśród gór i wulkanów – to jest właśnie Islandia!

Nocleg wśród gór i wulkanów, i to dosłownie.

Eyjafjallajökull to czynny wulkan, pokryty… lodowcem. Islandia chyba nigdy nie przestanie mnie zadziwiać. Wulkan wybuchał kilka razy, ostatnio w 2010 roku. Jego wysokość to 1651 m n.p.m. Wybuch był na tyle spory, że wstrzymano wówczas ruch lotniczy w Europie. Popiół z wybuchu opadał na Francję, Wielką Brytanię, a nawet Niemcy. Topniejące wody lodowca doprowadziły do podniesienia się stanu wód w rzekach, przez co mieszkańcy okolicznych wsi musieli zostać ewakuowani.

Nie zabrzmiało to optymistycznie w stosunku co do zamieszkania w hotelu w pobliżu? Ups 😉

W okolicy hotelu znajduje się sporo tras trekkingowych po okolicznych górach czy właśnie wspomnianym wulkanie. Istnieje małe prawdopodobieństwo, że wulkan się przebudzi. Między wybuchami odstęp trwa kilkaset lat.

islandia-hotel-gory

Zobacz całą relację z podróży po Islandii na moim instagramie!

Nocleg blisko wodospadu?

Nocleg blisko wodospadu? Proszę uprzejmie! A nawet kilku.

Zacznijmy od Skofagoss, jednego z najpopularniejszych wodospadów na południu Islandii. Położony jest zaledwie 10 minut samochodem od naszego noclegu. Potężny, mocny, przepiękny. Jego wysokość to aż 60 metrów, szerokość 25. Co ciekawe – można wejść na „górę” i spojrzeć na niego z tej perspektywy. Legitna ścieżka nie pozwala podejść do wodospadu, ale jest wydeptana dróżka, więc można spróbować przejść. Na samą górę idziemy metalowymi schodami, więc od razu mamy trening zaliczony w tym dniu. Mi w pewnym momencie zaczęło kręcić się w głowie. Widoki są ok, chociaż spodziewałam się większego wow. Możemy pooglądać rzekę Skoga, na której jest wodospad.

Jeśli macie czas to polecam, ja spotkałam na górze przemiłych ludzi 🙂

Niedaleko znajduje się także wodospad Kvernufoss, nieco mniej znany i poza głównym szlakiem. Nie jest także tak potężny jak Skofagoss, ale jeśli lubicie wodospady, to koniecznie tutaj zajrzyjcie.

No i jeszcze jeden wodospad – Gljúfrafoss, położony w kanionie. Trochę trzeba się natrudzić, by go zobaczyć. Wąskie przejście – ekstremalna wyprawa zapewniona. Opada z 40 metrów i można go podziwiać z zewnątrz, jak i z wnętrza kanionu.

wodospady-islandia
islandia-wodospad-skofagoss
Wodospad Skofagoss

Najstarszy naturalny basen na wyspie

Najstarszy naturalny basen na Islandii znajduje się zaledwie 3 km od naszego hotelu. Część trasy można pokonać samochodem, resztę jednak należy przejść pieszo (ok 15-20 min). Mowa o Seljavallalaug powstałym w 1923 roku. Basen wypełnia ciepła woda geotermalna, chociaż prawdopodobnie nie jest tak gorąca jak w innych tego typu miejscach (zimą około 20 stopni, latem do 30-34).

Basen położony jest wśród gór, nieco oddalony od wioski, przez co ma się wrażenie, że jest się na pustkowiu. Przez wiele lat korzystali z niego tylu miejscowi, aktualnie jest coraz bardziej popularny. Co ciekawe, basen znajduje się na terenie prywatnym, jednak jest dostępny dla odwiedzających za darmo.

Świetnym przeżyciem musi być tutaj kąpiel w nocy latem, kiedy to niemal przez całą dobę jest widno. Albo zupełnie odwrotnie, zimą, obserwując zorzę polarną na niebie.

Idealne miejsce do poszukiwania zorzy na Islandii

A propos w temacie – hotel, ze względu na swoje położenie, będzie idealnym miejscem do poszukiwania zorzy na niebie. Islandia jest świetnym miejscem do zobaczenia zorzy, mnie się niestety tym razem nie poszczęściło. Wokół jest zupełna ciemność, więc nawet oglądanie gwiazd to inny wymiar. Miejsce oddalone jest nieco od głównej trasy „1” i trzeba skręcić w drogę 242. Odległość to nieco ponad kilometr, wystarczająco, by nie słyszeć samochodów z głównej trasy, jednocześnie na tyle blisko, by nie zjeżdżać z najpopularniejszego szlaku turystycznego.

Wokół naszego hotelu znajdują się jedynie domki, w których także można nocować. Na koniec podam Wam namiary także na nie – nie są już niestety tak tanie, jednak zachowujecie w nich więcej prywatności.

Aha! Zapomniałabym! W tym miejscu właściwie nie ma internetu. Nie połączycie się tutaj ani przez Wifi, ani przez przysyłanie danych w komórce. Chociaż może to być upierdliwe, to jednak na Islandii przede wszystkim liczy się natura i w tym miejscu możecie jej doświadczać w pełni.

Lokalizacja jest też na tyle świetna, że możecie wracać do hotelu każdej nocy – idealnie jest położony mniej więcej na środku południa wyspy. Oczywiście, o ile nie objeżdżacie jej całej.

islandia-mapa-hotel

Jak się zameldować w hotelu?

Zarówno zameldowanie, jak i wymeldowanie odbywa się tutaj bez recepcji. Po dokonaniu rezerwacji powinniście dostać drogą mailową numer pokoju i kod. Jeśli zdecydujecie się na rezerwację w ostatniej chwili, wystarczy zadzwonić na podany numer (zaraz po wejściu jest telefon i dwa numery telefonów). Przy każdym pokoju jest skrzyneczka, w której znajduje się klucz do pokoju. Wprowadzacie kod, skrzyneczka się otwiera i wchodzicie na swoje włości. Proste?

Na górze znajduje się aneks kuchenny wraz z lodówką, możecie więc włożyć Wasze kanapki i wódkę do lodówki, a wrzątkiem zalać zupkę chińską 🙂 Na miejscu jest kawa, herbata, cukier, bardzo przyjemnie.

W dalszej części jest jakby salon, można tutaj usiąść i pochillować albo pograć w bilard.

Czy ten nocleg ma jakieś minusy?

Czy zatem ten nocleg ma jakieś minusy? No niestety tak, ma.

Przede wszystkim cienkie ściany i głośną podłogę. Jeśli jesteście na to podatni i każdy dźwięk Was budzi, polecam spać z zatyczkami do uszu – bo każde otwarcie drzwi czy przemarsz Waszych sąsiadów do kuchni będzie dla Was słyszalny.

Pokoje nie są duże, ale to akurat myślę, że nie będzie przeszkadzać. Raczej też mało kto przyjeżdża na Islandię z ogromną walizką. Jednak małe są także łazienki, a szczególnie prysznice. Jeśli trafi się Wam łazienka bez kotarki to wygraliście (taka jak chociażby są w Turcji). Tutaj jest świetny spad, woda się nie zatrzymuje, a cała łazienka nie pływa. W przeciwnym wypadku łazienka pływa, wszystko wokół jest mokre, a kotarka przyklejona jest do Waszych pleców, nice 😉

Wspomniałam o aneksie kuchennym, brakuje w nim jednak… umywalki. Oznacza to, że wszystkie naczynia trzeba myć w pokoju i odnosić na górę albo zostawiać brudne.

Islandia: nocleg za 100 zł – to jest możliwe!

Tak się rozpisałam o przybytku Welcome Edinborg pod dokładnym adresem: Lambafell, 861 Eyvindarhólar, Islandia.

Dokładny koszt mojego noclegu za 1 osobę za noc to 113,50 zł. Spałam tutaj dwie noce, wszystkie w tygodniu. Cena w weekend niestety wzrasta. Swoją rezerwację dokonywałam na Bookingu, gdzie mam poziom Genius 2.

Obiekt znajdziesz na Bookingu oraz na Agodzie, gdzie tym razem jest droższy.

Pozostałe domki, o których wspominałam to:

Welcome Holiday Homes

North Star Cottage

Znajdź swój idealny nocleg na Islandii:

Booking.com

*podane w poście linki są afiliacyjne

Inne hotelowe perełki:

PORADY PODRÓŻNICZE

Karta walutowa w podróży: Revolut czy Zen?

Wiadomo, z podróży przywozimy to co najcenniejsze, czyli wspomnienia, ale za wszystko inne trzeba już zapłacić. Tylko czym? Nie przepadam za gotówką i mam ją w portfelu tylko na opłaty parkingowe i kiedy wiem, że jest to absolutnie konieczne. Dlatego też w podróży staram się jak najwięcej płacić kartą. Kartą walutową. Na tapet bierzemy dwie najpopularniejsze firmy na polskim rynku.

*Pod koniec tego wpisu znajdziesz także linki do założenia kart oraz promocję, dzięki której otrzymasz 4 darmowe miesiące użytkowania ZEN.

revolut-zen-karta-walutowa

Czym jest karta walutowa?

Karta walutowa pozwala Ci dokonywać transakcji międzynarodowych, płatności za granicą oraz wypłat z bankomatów na całym świecie bez dodatkowych opłat oraz bez opłat za przewalutowanie.

Takie karty możecie też otrzymać w swoich bankach, bo wiele z nich już takie oferuje.

Jak wybrać najlepszą kartę walutową?

Odpowiedź jest prosta – najlepiej wybrać kartę walutową dopasowaną do Waszych potrzeb. Ja przez wiele lat podróżowałam tylko z kartą kredytową. Co prawda nie jest ona stricte walutowa, ale nie płaciłam za przewalutowania przy dokonywaniu nią transakcji, będąc za granicą. Płaciłam jednak za wypłaty w bankomatu. I prawdopodobnie gdybym podróżowała raz w roku nie potrzebowałabym już innej dodatkowej karty.

W tym roku postanowiłam jednak zaopatrzyć się w kartę walutową z prawdziwego zdarzenia. Nie mogłam się zdecydować, więc stwierdziłam, że przetestuje dwie i powiem Wam co nieco o nich na blogu.

Testowanie kart walutowych w praktyce

W praktyce, czyli w podróży. Obie karty zamówiłam na około tydzień przed wylotem do Turcji (w maju). Mówię o zamówieniu fizycznych kart, bo karty wirtualne mogłam niemal od razu włączyć w aplikacjach oraz dodać do Google Pay, co jest świetną sprawą, bo wówczas wystarczy, że mam przy sobie telefon i mogę dokonywać płatności.

Niestety, fizyczna karta Revolut dotarła do mnie już po powrocie do Polski.

Niemniej testowałam je podczas moich trzech ostatnich podróży: dwa razy w Turcji oraz w Rzymie. Jak się sprawdziły?

Mój pamiętnik z Turcji oraz Rzym

Która z kart walutowych jest lepsza: Revolut czy Zen?

Generalnie obie są bardzo dobre, z przewagą jednak na korzyść Revoluta. Zen niestety kilka razy mnie zawiódł:

  • nie mogłam zapłacić kartą – terminal kilka razy jej nie czytał
  • przy niemal każdej wypłacie z bankomatu doliczana jest prowizja
  • za doładowanie karty została mi pobrana prowizja w moich banku

Rozwijając powyższe – wiem, że być może nie jest to wina karty walutowej. Niemniej, w przypadku Revolut nigdy nie miałam takiej sytuacji – zawsze działała, nigdy nie zostałam też obciążona dodatkowymi kosztami w przypadku wypłacania pieniędzy z bankomatu (a zazwyczaj jest to minimum 5 zł).

A co do ostatniej kwestii – prawdopodobnie przez przypadek doładowałam sobie konto w euro (przelewy na kartę walutową robię również bezpośrednio z Google Pay). W chwili kiedy doładowałam euro na moją kartę mój bank obciążył mnie przewalutowaniem, czyli ok 15 zł. Muszę pochwalić serwis Zen, bo kontakt z nimi był naprawdę szybki i sprawny, jednak odesłali mnie do mojego banku (no bo w sumie to nie oni coś ściągnęli). Nic się nie zda z tym zrobić, mój błąd.

Moje prywatne porównanie obu kart walutowych

REVOLUTZEN
płatna karta fizyczna (długo szła)darmowa karta fizyczna
VisaMastercard
jedna karta fizyczna, dwie wirtualne, jedna do jednorazowych płatności online – kilka kart do jednego kontajedna karta wirtualna
kilka opcji do wyboru – w tym jedna darmowa, w wyższych cashbacki, dodatkowe ubezpieczenia, etcrok dodatkowej gwarancji na elektronikę
w aplikacji także bank, kryptowaluty i innecashback 15 %
bezpłatny plan obejmuje wypłaty z bankomatów w kwocie do 800 zł oraz wymianę walut do 5000 złpomoc w przypadku reklamacji sprzętu zakupionego przez ZEN
doładowanie przez Google Pay doładowanie przez Google Pay
przyjemna aplikacja w obsłudzesłaby interfejs aplikacji
możliwość dzielenia rachunku i dodawania ich zdjećkiepska historia (brak szczegółów transakcji)
świetna historia, kategoryzacja wydatkówfajne podsumowanie ile udało się zaoszczędzić dzięki korzystaniu z karty
przelewy międzynarodowe bez problemów i bez opłat
logowanie także na desktopiemożna zalogować się do swojego konta tylko w aplikacji
opłata tylko za kartę przy darmowym planieopłata miesięczna
mój koszt: 24,99 zł za kartę – ale karta fizyczna nie jest obligatoryjnamój koszt: 0 zł (miałam link, zostawiam go Wam też poniżej)
PORÓWNAJ PLANY CENNIKPORÓWNAJ PLANY CENNIK

I jeszcze kilka zdjęć z aplikacji: po lewej Revolut, po prawej Zen. Na zdjęciach widok główny oraz historia transakcji (z których korzystałam przy tworzeniu kalkulacji mojej solo podróży po Turcji – jest już na BLOGU). Niestety historia w Zen jest bardzo kiepska – zbyt mało szczegółów, jak dla mnie.

Którą kartę walutową sobie zostawiłam, Revolut czy Zen?

Dosłownie dwa dni temu skasowałam swoje konto na Zen. Kilka kwestii, o których wspomniałam powyżej – czyli dodatkowe opłaty w bankomacie, niedziałająca karta fizyczna, ale też kiepski interfejs w aplikacji spowodowały, że korzystanie z tej usługi bardzo mnie drażniło, po prostu. Ale jak możecie zobaczyć w powyższej tabeli, to nie jest tak, że absolutnie wszystko w Zen jest kiepskie, bo nie jest. Dla mnie niestety jednak jest to zbędna karta walutowa.

No i ta opłata miesięczna… Nie wiem, ale to też, tak psychicznie już chyba bardziej, mnie gnębiło. No nie, sorry.

Zostaję przy starym dobrym Revolucie 🙂

Zakładając konta sama szukałam promocji, więc wrzucam Wam je poniżej – także na Zen, bo może ktoś będzie miał ochotę przetestować za darmo.

Jak założyć konto Revolut?

Zaczniemy jednak od Revoluta, bo tą kartę polecam w tym momencie dużo bardziej. Ach, ich aplikacja jest przyjemna, user friendly – dla mnie ma to duże znaczenie. Kilka dni temu mocno tąpnęła lira turecka, a ja łatwo i szybko zasiliłam konto i wymieniłam złotówki na liry, by skorzystać na kursie (zamierzam wrócić do Turcji). Przy okazji też zakupiłam sobie jednego jednorożca, czyli kryptowalutę – zobaczymy czy i ile uda mi się zarobić 😀

Tutaj wrzucam mój link afiliacyjny do założenia konta Revolut: KLIKNIJ TUTAJ

Jak to wygląda? Bardzo prosto! Zakładasz swoje konto, które musisz zweryfikować. Następnie zasilasz konto (ja to robię Google Play) i zamawiasz kartę fizyczną. W oczekiwaniu na jej dostarczenie możesz używać oczywiście kart wirtualnych – po dodaniu ich do wirtualnego portfela wystarczy, że zbliżysz telefon, by zapłacić za zakupy.

Jeśli dokonasz trzech zakupów, za minimum 15 zł każdy, Twoje konto zostanie zweryfikowane jako polecone przeze mnie, a ja dzięki temu otrzymam benefinity z programu.

A co z Zen?

Moim zdaniem warto porównać obie karty, tym bardziej, że pierwsze miesiące Zen możesz mieć za darmo, bez opłaty miesięcznej. Podczas logowania się wpisz kod: LEKKOSTRONNICZYZEN, co da Ci pierwsze 4 miesiące za darmo, później to też nie jest jakiś wielki koszt, ale jest: 1 euro miesięcznie w podstawowym planie.

Kod jest afiliacyjny dla chłopaków, ale wiadomo, wzięli kredyty (if you know what I mean :P)

Link do kanału LekkoStronniczy na Youtubie TUTAJ

Update z dn. 06.01.2022r.

Kiedy skończyłam pisać ten post zamknęłam konto na Zen. A tak przynajmniej myślałam. Skontaktowałam się z panem na czacie w aplikacji i poprosiłam o zamknięcie konta. Pan dopytał czy chcę zamknąć konto czy tyle je zawiesić, potwierdziłam, że dziękuję i nie będę korzystać z ich usług i proszę o zamkniecie konto. Pan potwierdził, przekazał mi, że środki na karcie zostaną zwrócone na konto i zakończyliśmy rozmowę. Usunęłam aplikację, zniszczyłam kartę i zapomniałam o sprawie. To było w połowie października.

Na początku grudnia zorientowałam się, że środków wciąż nie ma. Ponownie skontaktowałam się z Zen, tym razem mailowo, żeby dowiedzieć się, co się stało. Okazało się, że moje konto nie jest zamknięte, tylko zawieszone i żeby je zamknąć muszę ponownie ściągnąć aplikacje i połączyć się przez czat… Po kilku wymienionych mailach i prośbie, by sprawdzić czat, bo takie zgłoszenie już zostało przeze mnie dokonane dostałam zapewnienie, że konto zostanie zamknięte, a ja otrzymam środki na konto.

No cóż… tydzień temu znów kontaktowałam się z Zen i znów otrzymałam odpowiedź, że tym razem moje konto na pewno zostanie zamknięte… No cóż pozostaje mi się tylko cieszyć, że nie czekam na dużą kwotę, niemniej bardzo nie lubię takich sytuacji… Od razu przypomina mi się polisa, którą kiedyś zawarłam i nie mogłam zerwać – nie przyjmowali maili, rozmów telefonicznych ani poczty tradycyjnej, no nie mogłam się uwolnić 😀

Żeby nie było, dostanie się też troszkę Revolutowi – nie pamiętam, czy wcześniej też tak było, ale teraz podczas wymiany dokonywanej w weekend pobierana jest prowizja 1%. Wiedząc o tym, trzeba pamiętać, by na koncie była odpowiednia suma wymienionych pieniędzy na te, które są nam potrzebne w podróży. Informacja o prowizji pokaże się w aplikacji podczas dokonywania wymiany.

Mam nadzieję, że to porównanie okazało się dla Ciebie pomocne. Jeśli masz jakieś spostrzeżenia dotyczące korzystania z tych kart walutowych, koniecznie podziel się nimi w komentarzu.

Udanych podróży!

A.

PORADY PODRÓŻNICZE TURCJA

Koszt mojej solo podróży po Turcji

plecak-cay-turcja-podroz

Wydawało mi się, że jest to temat mało interesujący, ale według Waszych odpowiedzi na moim instastories jest wręcz przeciwnie! Postanowiłam więc dokonać analizy kosztów mojego wyjazdu, czego nigdy nie robię. Teraz już wiem, że najlepiej jest spisywać wszystko na bieżąco, bo dojście do tego po czasie jest dramatem.

Nie jestem w stanie podać konkretnych cen za pamiątki czy jedzenie, ale jeśli śledziliście mnie na instagramie to na bieżąco podawałam Wam ceny na targu czy w sklepie. Nic straconego! Relacje z Turcji są zapisane 🙂

Zatem do sedna! Jaki jest koszt mojej solo podróży po Turcji?

Ile wydałam przez dwa tygodnie w Turcji? Łączny koszt

Łącznie wydałam około 3,300 zł podczas mojej podróży po Turcji, która trwała 15 dni i opiewała na niemal trzy tysiące kilometrów. Przy czym rzeczywisty koszt, który podaję to 3100 zł, gdyż raczej nie zdarzy się Wam zapłacić kary na lotnisku 🙂

Poniżej podliczyłam wszystkie moje wydatki:

koszty-turcja-podróż

Czy wydałam dużo w tej podróży?

I tak, i nie. Mój zakładany budżet na podstawie poprzednich podróży przewidywał 3000 zł. Nie zakładałam jednak przywozić tylu rzeczy do Polski (zrobiłam ogromne zakupy, chociażby sukienkę za 75 zł). Nie myślałam także, że będę korzystać z usług taksówek – co prawda ich koszt nie był wysoki, bo najwięcej za kurs zapłaciłam 40 lir, ale jednak. Korzystałam z nich cztery razy – dwa razy w Diyarbakir, gdzie nie czułam się komfortowo i dwa razy, kiedy wiedziałam, że zdrowotnie nie dam po prostu rady.

Nie ukrywam także, że zaskoczyły mnie też ceny hoteli – różnica przed, a w sezonie, jest spora. Dodatkowo podróżowałam sama – czasem koszt jest taki sam jak przy dwóch osobach, zawsze jest jednak wyższy niż przy podróży w parze. Starałam się wybierać najtańsze hotele, ale w dobrej lokalizacji. Czasem przedłużałam nocleg w konkretnym miejscu, nie szukałam niczego tańszego, bo po prostu chciałam zostać gdzieś na trochę dłużej, a nie każdego ranka pakować plecak.

Przedłużyłam też jedną dobę w hotelu, w którym docelowo nie zostałam. No, ale zapłacone, trudno.

PRO TRAVEL TIP

Dwie noce spędziłam w autokarze, co jest super opcją według mnie – nie płacisz za hotel i nie tracisz dnia na zwiedzanie. Ja przy jednej słabo przespanej nocy jeszcze jestem w stanie funkcjonować.

Na co wydałam najwięcej?

No cóż, oprócz wspomnianych hoteli, gdzie średnia cena na noc to 100 zł (w maju ok 30 zł), sporo wydałam także na jedzenie. Jednak już w drugiej połowie mojej podróży, czyli na Riwierze, gdzie ceny w knajpach są już zbliżone do cen, jakie spotkać można w Polsce.

Na wschodzie pod tym kątem jest zdecydowanie taniej, ale też, jest tam mniej turystycznie. Myślę, że spokojnie można powiedzieć, że obiad na wschodzie to ok 10-15 złotych, na riwierze raz tyle.

Bardzo tanio jest na targach – rzeczywiście tutaj ceny są bardzo przyjemne i nie zauważyłam, żeby ceny były dyktowane pod turystów, no może oprócz Gaziantep 🙂 Cen na targowisku na Riwierze nie sprawdzałam.

No i karta SIM – 15 GB za ponad 100 złotych… uważam, że to jest sporo. Udało mi się później dodać za darmo pakiet jeszcze 10 GB i dobrze, bo gdyby nie to, to musiałabym doładować kartę.

Na co wydałam najmniej?

Wbrew pozorom też na jedzenie! 🙂 Wielokrotnie byłam zapraszana gdzieś na obiad czy herbatę, zawsze chciałam zapłacić i nigdy mi nie pozwolono. Szybki doner to koszt ok 4-5 zł, herbata kosztuje jakieś śmieszne pieniądze. Nawet w zwykłym sklepie dostawałam wodę za darmo, Turcy są niesamowici!

Uważam, że stosunkowo mało wydałam na komunikację miejską i przejazdy autobusami. Raz, że wiele razy ktoś mnie zabierał na stopa albo jechałam autobusem za darmo – jak w Mardin, a dwa, że uważam, że komunikacja miejska w Turcji jest tania. Świetnej jakości autobusy z bezpłatnym serwisem jeżdżą właściwie po całej Turcji, więc dostanie się z punktu A do punktu B jest bardzo łatwe, ale… wszystkie dworce oddalone są jakieś 7 km od centrum miasta. Wszędzie.

Dlaczego ubezpieczenia nie wliczyłam w koszty?

Nie wliczyłam go w koszty, bo uważam, że to bardzo sprawa indywidualna. Ja miałam naprawdę niezłe ubezpieczenie, wysokie koszty leczenia, ochronę sprzętu (brałam laptopa i nowy telefon) oraz ochronę covid+kwarantanna, cena nie była niska, a to już po mojej agencyjnej zniżce… Takie były moje potrzeby, dla Ciebie mogą być najważniejsze koszty leczenia, ale już OC Cię może nie interesować, albo wręcz przeciwnie. Ubezpieczenie dopiera się do potrzeb klienta, dlatego też cena będzie różna.

Tak czy inaczej – koszty ubezpieczenia będą niewielkie w porównaniu do ewentualnych kosztów przy chorobie.

Nie wliczyłam także kosztów parkingu – ja musiałam zostawić samochód pod lotniskiem i na nie dojechać ok 70 km w jedną stronę.

Na czym można zaoszczędzić w podróży?

Odpowiedź jest prosta – na ty, na czym Ci najmniej zależy. Ja oszczędzam na spaniu, chociaż też nie do końca – zawsze spałam sama w pokoju, nie wybierałam hosteli, ale mimo wszystko szukałam najtańszej opcji.

Zdecydowanie na pamiątkach. Chociaż teraz cieszę się, że je wszystkie mam, to uważam, że trochę przesadziłam z ich ilością. Zresztą mój plecak po powrocie ważył niespełna 15 kilogramów, bo nawiozłam sobie garnków…

Myślę też, że spokojnie na jedzeniu – na wschodzie naprawdę wydacie niewiele, a większość hoteli ma w cenie śniadanie.

Ja zaoszczędziłam także na bagażu – kupiłam bilet lotniczy economy jedynie z bagażem podręcznym. Cena ok 500 zł do Turcji w dwie strony to jest naprawdę dobra cena, jeśli będziecie taką widzieć to nie zastanawiajcie się długo 🙂

Co myślę o moich kosztach?

Uważam, że koszt mojej solo podróży jest naprawdę niezły. To był mój pierwszy taki dłuższy wyjazd, na dodatek solo, więc czasem rezygnowałam z niższej ceny na rzecz komfortu czy bezpieczeństwa. I uważam, że to jest bardzo ok.

Myślę, że spokojnie można z tych kosztów ściąć jakieś 500 zł, ale równie dobrze można dodać 2000 zł – wszystko zależy, co jest dla nas priorytetem.

Nie zapominajcie o najważniejszych priorytecie – o wspomnieniach.

Pięknych podróży! ❤

TURCJA WCHODNIA PAMIĘTNIK

Co Ty wiesz o uchodźcach? Przy granicy z Syrią

turcja-syria-uchodzcy

Popłakałam się. Nie potrafię tego udzwignąć. Nie potrafię udzwignać dzieci, które mają zaledwie kilka lat i pracują. Króre grzebią po śmietniku, by znaleźć kawałek plastiku albo aluminium.

Te dzieci powinni się bawić, spędzać czas z rówieśnikiami i chodzić do szkoły, a nie zastanawiać się co zjedzą i czy zjedzą w ogole kolację.

Stałam na dworcu, tuż obok był mój autobus, było jeszcze trochę do odjazdu, postanowiłam, ze zaczekam na zewnątrz. Nie minęła chwila, a stanęła obok mnie dziewczynka, powiedziała coś do mnie, ale zrozumiałam tylko abla. Myślałam, ze prosi o ponieądze. Ona natomiast zaczęłam wyciągać rzeczy ze śmietnika, by po selekcji chować je w swoim worku.

Nie był to przecież pierwszy raz, kiedy wydziałam coś takiego. A mimo to stanęłam jak wryta obserwujac, co robi.

Obok stało dwóch młodych chłopaków, dali jej jakieś drobne, nie chciała przyjąć. Po dłuższej chwili się zgodziła. Wyciągnęłam portfel, daję jej pieniążki słyszę yok. Daję znowu, robi charakterystyczny ruch głową i cmoka, co w Turcji oznacza nie. Nie daję za wygraną, wręczam jej pieniądze. Uśmiecha się szeroko i mówi shukran, czyli dziękuję po arabsku. Głaszczę ją po policzku, jest taka śliczna.

Zapewne jest z Syrii.

Patrzę na nią, jak pewnie operuje workami na śmieci. Podchodzę do niej znowu i pytam yamek? Pokazuję na moje jedzenie, akurat kupiłam dwie bułki do autobusu. Kiwa głową, że nie. Pytam, czy na pewno, cmoka z szerokim uśmiechem.

Urywam pół mojej bułki i jej wręczam. Bierze ode mnie.

I się popłakałam. Duże, roziskrzone brązowe oczy, szeroki uśmiech, grzywka, włosy do ramion. Przepiękna dziewczynka. Złamała moje serce.

No, bo ja chuja mogę zrobić. Wczoraj usłyszałam, że gdyby to był problem jednej osoby to można byłoby coś z tym zrobić, ale to jest cały kraj. Pytałam wtedy dlaczego dzieci pracują, usłyszałam, że jak mają żyć, jeśli nie będą pracować? Mają iść na ulicę i żebrać?

Na stories pokazywałam też młodą kobietę z dwójką dzieci, zbierała papier. Teraz też już wiem, że była z Syrii. Nie prosiła o pieniądze, nawet, gdy wygłupiałam się z jej dziećmi.

Tak, owszem, widzę tutaj kobiety leżące na ulicy i proszące o jałmużnę, ale zdecydowanie więcej widzę dzieci, które zapieprzają jak niejeden dorosły.

Dzisiaj na ulicy spotkałam mężczyznę, który szedł z ogromnym palikiem z drewna, jako swoją laską. Szedł i śpiewał, dlatego zwróciłam na niego uwagę. Po tym jak jeden mężczyzna mu pomógł, domyśliłam się, że jest niewidomy. Wyciągnęłam rękę do portfela. Ale w sumie nie wiem. Spotkałam wzrok sprzedawcy. Na migi zapytałam, czy to będzie ok – zachęcił mnie do gestu. Podeszłam, chwyciłam pana delikatnie za rękę – był ubrany w jasny garnitur. Był elegancki i czysty. Sprawdził dotykowo jaką dałam mu kwotę. Pomyślałam wtedy, że to takie… słabe? Ale później zobaczyłam, dlaczego sprawdzał – spotkałam go, gdy kupował jedzenie od ulicznego sprzedawcy.

Mężczyzna, który zachęcił mnie do gestu, był wyraźnie ucieszony. Pomachał do mnie, uśmiechał się. Gdy wracałam i życzyłam mu miłej pracy, podziękował, gule gule alba, co znaczy coś w stylu „pozostań z uśmiechem, siostro”.

Wiem, że nie można wszystkim pomóc, wiem o tym. Wiem też, że nieprzemyślana pomoc jest bardzo zła. Ale co ja kurwa mogę zrobić? Jestem uprzywilejowaną białą europejską turystką. Moje łzy temu dziecku też nic nie dadzą.

Z jednej strony rozpadam się tutaj na milion kawałeczków. Z drugiej jednak widzę, jak wiele mam, nawet, gdy wydaje mi się, że nie mam nic cennego.

Łatwo mówić o uchodźcach, gdy są daleko. Dużo trudniej decydować, kiedy patrzysz takiej osobie prosto w oczy. Uśmiechnięte oczy.

Ja płaczę nad dziewczynką w tureckim Mardin, blisko granicy z Syrią, a mój rząd stawia drut kolczasty na wschodniej granicy…

PORADY PODRÓŻNICZE

Aplikacje przydatne w podróży

antalya

Jestem w tych, którzy jeszcze pamiętają podróżowanie z mapą w ręku i internet tylko dostępny na wifi w hotelu czy w Macu w zamian za kawę.

Wielokrotnie powtarzam, że teraz do podróżowania po świecie wystarczy telefon i… nic więcej. Telefon zastąpił nam kartę płatniczą, aparat, tłumacz i wiele, wiele więcej. I uwielbiam to!

Poniżej znajdziecie moją listę sprawdzonych aplikacji na telefon, bez których teraz sobie nie wyobrażam podróży! Wszystkie aplikacje są darmowe i dostępne zarówno na Android, jak i IOS.

Aplikacja mobilna banku

Dla mnie aplikacja mobilna mojego banku jest must have i to nie tylko w podróży. Wydawać by się mogło, że to oczywista oczywistość, ale… sama znam wiele osób, które albo nie korzystają z bankowości internetowej albo nie mają aplikacji mobilnej.

W kilka sekund wchodzisz na swoje konto, sprawdzasz jego stan, robisz przelewy albo, nie daj Boże, zastrzegasz kartę, jeśli zajdzie taka potrzeba.

Ja korzystam z aplikacji mobilnej ING i nie mam żadnych zastrzeżeń.

Google Pay

Aplikacja na Androida, dzięki której możesz dodać konta swoją kartę i płacić zbliżeniowo telefonem (nie musisz mieć karty fizycznie przy sobie). Do konta możesz dodać także kartę walutową Revolut lub Zen.

Aplikacja daje także możliwość sprawdzenia historii wszystkich naszych płatności.

Dla użytkowników systemu IOS odpowiednikiem będzie Apple Pay.

Karta walutowa Revolut lub Zen

Rewelacyjne rozwiązanie dla wszystkich podróżujących za granicę. Instrukcja jest prosta – wpłacasz na kartę wybraną przez siebie kwotę i zamieniasz złotówki np. na tureckie liry. Kurs jest super, nie tracisz na przewalutowaniu, bo zawsze możesz dokonać odwrotnej wymiany w aplikacji. Możesz płacić kartą wirtualną lub fizyczną, dodać ją do płatności telefonem lub wybierać pieniądze w bankomatach na całym świecie (raczej bez opłat, ale niektóre bankomaty mogą pobierać prowizję – wówczas ta informacja pojawi się na ekranie).

Za niedługo zrobię porównanie obu kart: Revolut i Zen, po trzech podróżach myślę, że śmiało już mogę coś o nich powiedzieć.

PRO TRAVEL TIP

Skorzystaj z mojego linku i zarejestruj się. Zgarniesz 30 PLN, jeśli do 5 października 2021 roku zamówisz kartę i dokonasz trzech zakupów. Pamiętaj, że musisz spełnić wszystkie warunki przed wskazanym terminem, dlatego w oczekiwaniu na kartę fizyczną możesz używać karty wirtualnej. https://revolut.com/referral/annaza76k!SEP1AGG 

Tłumacz – jedna z najważniejszych podróżniczych aplikacji

Polecam pobrać nawet, jeśli świetnie znasz angielski. W wielu moich podróżach, chociażby tej ostatniej po wschodniej Turcji na niewiele się on zdał, za to tłumacz jak najbardziej!

Możesz pobrać interesujący Cię język i korzystać z niego offline. Dodatkowo aplikacja pozwala na skanowanie aparatem np. menu i tłumaczy go w czasie rzeczywistym, co jest super opcją!

Google Maps lub Maps.me

Klasyka gatunku, chyba każdy z nas korzysta już z nawigacji. Dodatkowo na Google Maps możemy znaleźć punkty widokowe, miejsca warte odwiedzenia czy restauracje.

Warto wiedzieć, że jeśli ustawimy trasę będąc online zachowa się ona nawet wtedy, gdy stracimy połączenie internetowe (pod warunkiem, że nie zabłądzimy). Jest to więc super opcja, jeśli nie mamy internetu w telefonie.

Słyszałam, że Google Maps można pobrać także offline, ale nie korzystałam z tej funkcji. Do tych zadań korzystałam z Maps.me – wystarczy pobrać mapę interesującego nas państwa i możemy korzystać z niej bez dostępu do sieci.

Moje Mapy

Google Maps umożliwia nam także tworzenie swoich map, z których możemy korzystać na telefonie. Przykładem sobie mapki, które stworzyłam dla Was podczas mojej podróży do Rzymu, czyli lista pysznych miejsc czy plan zwiedzenia w jeden dzień.

W samej aplikacji Google Maps możesz także oznaczać flagą miejsca, które Cię interesują.

google maps

TripAdvisor

Masa podróżniczych inspiracji, począwszy od miejsc, które trzeba zobaczyć, skończywszy na opiniach restauracji. Możesz ustawić konkretne miejsce lub po prostu wybrać w niedalekiej odległości od siebie.

TripAdvisor to taki klasyk wśród podróżniczych aplikacji, ale… ja już przestałam z niego korzystać. Robię research zazwyczaj dużo wcześniej i wiem co chcę zobaczyć. Czasem przed wejściem do jakiegoś miejsca sprawdzam po prostu opinie i ceny w menu.

Omio

Świetna aplikacja do planowania podróży. Jeśli chodzi o komunikację w mieście, to świetnie sprawda się Google Maps, ale Omio nie tylko podpowie jak dojechać z lotniska do centrum miasta, ale od razu można kupić w niej bilet! Ja bardzo lubię takie sprytne rozwiązania.

Korzystałam z niej w Rzymie i super się sprawdziła.

CheckMyBus / Obilet

Podróżując po Turcji niestety nie sprawdziła mi się ani powyższa aplikacja, ani Google Maps, za to CheckMyBus i Obilet – jak najbardziej. Można tutaj sprawdzić połączenia międzymiastowe (także lotnicze czy blablacar) i zakupić bilet online. Równie dobrze można skorzystać z wersji na przeglądarkę.

Jedyny minus – żadna z mich kart nie chciała współpracować w Turcji. Płatności przechodziły będąc w Polsce (dwa pierwsze przejazdy kupiłam przed wylotem), w Turcji musiałam korzystać albo z tureckiej karty płatniczej, albo kupować bilety na dworcu – ale już przynajmniej znałam rozkład.

travel-aplikacje-android

Moovit

Ta aplikacja dosłownie ratowała mnie w Turcji. Komunikacja miejska jest jakąś wiedzą tajemną, której nie posiadają nawet lokalsi. W większych miastach korzystałam jednak z Moovit (działa także poza Turcją). A co w mniejszych miejscowościach? Łut szczęścia, pytanie ludzi na ulicy i łapanie stopa 🙂

Instagram

Co robi w mojej liście instagram? Jest niesamowitą inspiracją. Obserwując odpowiednie osoby możemy dowiedzieć się wszystkiego – znajdziemy tutaj mini poradniki, inspiracje podróżnicze, inspiracje fotograficzne, a nawet filmiki z wypraw!

Dzięki temu, że wpisałam w wyszukiwarce instagrama Mardin odkryłam Kasımiye Medresesi. Nie znalazłam tego miejsca na żadnym blogu.

Wpisuję zawsze szukaną frazę zarówno w hasztagi, jak i w lokalizację, dzięki czemu widzę trochę więcej postów. Zobaczyłam piękne zdjęcie dziewczyny i chciałam koniecznie wiedzieć, gdzie to jest i znalazłam (nie bez przygód, wiadomo, kto widział relacje – ten wie 🙂

Couchsurfing – aplikacja społeczna

Świetna aplikacja, jeśli podróżujecie w pojedynkę i szukacie kogoś do rozmowy lub wyjścia na kawę. Ale nie tylko, większość hostów oferuje u siebie darmowy nocleg, tak więc w łatwy sposób możecie poznać lokalną kulturę.

Nigdy nie korzystałam z couchsurfingu, żeby u kogoś przenocować z jednego powodu – ja bardzo cenię sobie niezależność i wolę jednak wieczorem być sama, by odpowiedzieć na wiadomości, dodać stories czy napisać nowy wpis na blogu.

Za to wielokrotnie korzystałam, by się z kimś spotkać i do tego nadaje się świetnie! Zresztą, w aplikacji są oceny hostów, więc dzięki temu można zminimalizować ewentualne ryzyko (oczywiście nikt nie da Ci 100% gwarancji).

Booking.com / Agoda

Ja co prawda nocleg rezerwuję zazwyczaj tego samego dnia, jednak zawsze poprzez aplikację. Zazwyczaj jest to Booking, jednak kiedy odkryłam, że na Agodzie jest taniej to korzystam także i z tej apki (czasem na przykład w tej samej cenie nocleg jest już ze śniadaniem).

Na Agodzie udało mi się zaoszczędzić 200 zł za 3 noce w Rzymie, co opisałam TUTAJ

Na Bookingu mam natomiast już najwyższy poziom Genius, dzięki czemu otrzymuję np. lepszy pokój w tej samej cenie.

PRO TRAVEL TIP

Dokonuj rezerwacji na Bookingu mobilnie – bardzo często w ten sposób można zyskać lepszą cenę! Oferty te oznaczone są „cena tylko dla urządzeń mobilnych”.

booking

VPN

Kolejna aplikacja, która jest niezbędna w podróży po Turcji. Dlaczego? Niektóre strony internetowe jak chociażby Booking niestety nie działają w Turcji. Oznacza to, że nocleg w Turcji można zarezerwować albo bezpośrednio z Polski albo w Turcji, logując się przez vpn.

Jak to działa? Po włączeniu aplikacji zmieniany jest Wasz adres na np. Niemcy i dzięki temu możecie korzystać z aplikacji czy ze strony. Ja dzięki temu mogłam się też zalogować tutaj.

MObywatel

No cóż, żyjemy w pandemicznych czasach, dlatego też potwierdzenie mojego szczepienia muszę mieć zawsze przy sobie. A że nie przepadam za walający się kartkami, dlatego też pobrałam aplikację i dodałam do niej informacje o moim szczepieniu. Dzięki temu bardzo szybko mogłam ją pokazać chociażby na lotnisku.

PRO TRAVEL TIP

W przypadku Turcji konieczne jest także wygenerowanie kodu Hes, który będzie potrzebny przy meldunku czy trzeba go będzie połączyć z kartą miejską. Ja swój kod pobrałam w formacie pdf i dodałam do folderu na pulpicie, by także mieć go szybko pod ręką.

Aplikacja linii lotniczej

Przyda się chociażby do odprawy online czy sprawdzenia godzin wylotu. Szczególnie polecam jej pobranie przy korzystaniu z tanich linii lotniczych, jak Wizzair czy Ryanair.

Mam nadzieję, że moja lista będzie Wam pomocna. Jeśli macie jakieś pytanie piszcie śmiało, z chęcią poznam także sprawdzone przez Was aplikacje, które świetnie sprawdzą się w podróży. Wiem, że sporo osób korzysta z aplikacji do pakowania, ale ja już mam swoje sposoby – w najbliższym czasie napiszę i o nich.

Udanych lotów!

A.

TURCJA WCHODNIA PAMIĘTNIK

Czy słuchanie intuicji w podróży to głupota?

urfa-turcja

Kiedy zrodził się we mnie pomysł solo podróży do Turcji (z premedytacją nie mówię samotnej) i zaczęłam się nim dzielić, reakcja u niemalże wszystkich była identyczna: „chyba zwariowałaś!” albo co lepsze „na głowę upadłaś, przygód Ci się zachciało!”.

Podsumowując słyszałam jaka jestem głupia i nieodpowiedzialna, nice.

Nie wydaje mi się, żebym była głupia albo nieodpowiedzialna. No może czasem, ale, wszystko w granicach normy, serio 🙂

Bardzo szybko jednak przestałam mówić gdzie lecę, co zamierzam (albo właściwie, że nic nie wiem, bo nie mam planu) i… z kim zamierzam. Odechciało mi się słuchania komentarzy, które ładowały we mnie tylko strach i nic więcej.

Ok, ale dlaczego Turcja?

Wybór właściwie był mega prosty, trochę mam wrażenie, że to Turcja wybrała mnie, nie odwrotnie.

Kiedy byłam w Turcji w maju wielokrotnie oddalałam się od mojej grupy znajomych, a to robiłam stories, a to chciałam fotki popstrykać, a to wstawałam na wschód słońca albo po prostu chciałam coś zobaczyć, czego reszta nie miała ochoty oglądać. Zatem tak, już bywałam sama w Turcji.

I za każdym razem, gdy ktoś mnie zaczepiał, to był żywo ciekawy mojej historii, skąd jestem, co robię w Turcji etc. Czyli dokładnie tak jak teraz 🙂 Of kors zdarzają się typki, co serio myślą, że „ej seksi lejdi” jest komplementem, ale z mojego doświadczenia – im bardziej turystyczne miejsce, tym ich więcej, co zrobić.

Wracając jednak do normalnych ludzi. Moim hitem są dwie kobiety. Moja pierwsza noc w maju. Antalya, port, chwilę po wschodzie słońca. Szukam miejsca na zdjęcia, kręcę się ze statywem. Na końcu „molo” dochodzą mnie dwie kobiety, matka i córka. Schodzą poniżej po kamieniach i rozpoczynają ze mną rozmowę. Pani starsza zadaje klasyczny zestaw pytań. Mówi do mnie trochę po turecku, po angielsku i… po niemiecku, pewnie myśląc, że jak Niemcy za rogiem, to i język bardziej swojski. Hmmm… Słysząc, że jestem z Polski uśmiecha się serdecznie i mówi do mnie, że Turcy lubią Polaków, bo oboje mamy takie same, tu pani kładzie rękę na piersi, po czym rysuje w powietrzu serce.

Polacy i Turcy mają takie same serca.

Ja się, kuźwa, znowu wzruszam! ale kupiła mnie.

I za każdym razem, gdy ktoś pyta czy się nie boję sama podróżować po Turcji, to za każdym razem opowiadam tą historię i kilkanaście albo nawet kilkadziesiąt sytuacji, kiedy to obcy zupełnie ludzie poili mnie, karmili, pomagali zupełnie bezinteresownie.

Więc nie, nie boję się podróżować sama po Turcji.

Ale jednak się bałam

Raz.

Wiem, że najlepiej byłoby tu opisać ze szczegółami całą sytuację, ale nie zrobię tego.

Czy sama ją sprowokowałam? Czy sama się o to prosiłam?

I tak, i nie.

Mam wiele na swoją obronę, teoretycznie powinnam była być bezpieczna. I teoretycznie być może byłam. Teoretycznie.

Praktycznie moja intuicja po raz pierwszy się odzywała, czułam, że coś jest nie tak.

Tak wiele jednak było teoretycznych podstaw mojego bezpieczeństwa, że jej nie posłuchałam.

Nic się nie stało, ja naprawdę uważam, że mam niesamowite szczęście, bo mogło mi się stać dosłownie wszystko. I nie, nie ze strony Turków.

Najadłam się jednak sporo strachu, nerwów i… utraciłam na chwilę moje zaufanie do ludzi. Stałam się bardziej czujna.

Jestem nieodpowiedzialna?

Kiedy opowiadam różne historie z mojej podróży to większość słuchaczy otwiera oczy i buzię (czasem na raz, czasem po kolei) ze zdziwienia bądź zszokowania.

„Ty to jesteś odważna” – słyszę.

A gówno prawda, gdybym była odważna to zrobiłam wszystko, co roi się w mojej blond łepetynce, ale tego nie robię, bo dygam się, że o rany!

Ale rzeczywiście, spędzałam masę czasu z obcymi ludźmi, czasem tak, jak byśmy znali się lata.

I jedyne czego słuchałam to moja intuicja.

Czy to oznacza, że spotykam w życiu tylko dobrych ludzi? A skądże! Tyle tylko, że jakimś dziwnym trafem czuję, gdy coś jest nie tak, a to czy wierzę w opowieści „kochanie, nie było zasięgu” to już inna sprawa.

Z jakiegoś tylko sobie znanego powodu do jednego samochodu wsiadałam, do innego nie. Z jednymi ludźmi prowadziłam rozmowę, z innymi kończyłam niemal po dzień dobry.

Ja wiem, że jest to nędzna rada bezpieczeństwa, ale u mnie się ona sprawdza.

I nadal, jeśli mam szybko powiedzieć, z czym kojarzy mi się Turcja to odpowiadam: z dobrymi ludźmi!

A co z tymi dziewczynami?

Jeśli oglądasz mnie na instagramie, to wiesz, że spotkałam na dworcu autobusowym dwie dziewczyny, z którymi byłam w hotelu. Okazało się, że jedziemy jednym autobusem. Okazało się też, że zeszłego dnia mnie szukały. Wtf?!

Cała relacja nadal jest zapisana w moich wyróżnionych stories.

Szukały mnie, bo bały się, że mogę być w niebezpieczeństwie.

I do tego momentu myślałam, że może to ja się bardziej wystraszyłam, niż było to warto. Jednak po rozmowie z nimi, wiedziałam już, że postąpiłam słusznie.

Swoją droga to przekochane, że dwie Turczynki chciały szukać jednej Polki przy granicy z Syrią.

W mojej głowie Turcja jest magiczna – dzieje się creepy sytuacja, z tymi dziewczynami spotykam się każdego ranka na śniadaniu. Ostatniego dnia spędzamy sporo czasu w lobby, one rozmawiają, ja piszę bloga. Nie znamy się. Odzywamy się dopiero do siebie w toalecie na dworcu. Gadamy pół drogi w autobusie.

Ej serio, Mardin ma jakieś 100 tys. mieszkańców! A my mimo wszystko się odnajdujemy. Ja mam gęsią skórkę na samą myśl.

Zmieniłam się?

No cóż, nie.

Dobrzy i źli ludzie są wszędzie. Niezależnie od narodowości, koloru skóry czy wyznania. Ufam ludziom, wierzę, że przyciągam do siebie podobne jednostki i jestem w stanie ufać swojej intuicji, jak do tek pory.

W moim przypadku skończyło się bardziej na strachu i szybkim zmyciu się z miejsca x, ale jeśli u Ciebie zaszło to dalej, to pamiętaj, że to NIGDY NIE JEST TWOJA WINA.

I nie słuchaj ludzi, którzy Ci mówią „sama się o to prosiłaś”.

Nie, nie prosiłaś się.

Inną rzeczą jednak jest różnica kulturowa, którą należy zachować przez pewnego rodzaju zachowania czy ubiór. Dla mnie to wyraza szacunku do miejsca, do którego podróżuję. Możesz chodzić z odsłoniętym tyłkiem we wschodniej Turcji, bo to nie jest zakazane, tylko po co?

Ufaj sobie i swojej intuicji, love!

P.S. Jeśli wybierasz się na solo podróż do Mardin, korzystasz z couchsurfingu i chcesz skorzystać z uprzejmości pewnego popularnego hosta to… zastanów się dwa razy albo napisz do mnie:)

TURCJA WCHODNIA PAMIĘTNIK

Turcja – Mardin mnie oczarowało

mardin-turcja

Przedłużyłam pobyt w Mardin. To miasteczko ma w sobie coś takiego, czego nie umiem wytłumaczyć słowami. Jest magiczne. Położone na wzgórzu, utkane z kamienia, z widokiem na Mezopotamię. Oczarowało mnie.

I zabiło temperaturami. Noż kurwa 40 stopni, to lekka przesadza nawet dla mieszkańców.

Przed południem miasto jeszcze jest ospałe, budzi się dopiero po zmroku, kiedy to zaczyna być trochę chłodniej.

Chodzę uliczkami zupełnie się nie spiesząc, po raz pierwszy podróżuję w tempie slow travel. A właściwie się staram. Uśmiecham się do sprzedawców, odpowiadam wszystkim Polonya, na pytanie skąd jestem. Zazwyczaj później pada pytanie czy Mardin guzel? Odpowiadam cok guzel zgodnie z prawdą!

Przypomina mi trochę Maltę, trochę Jerozolimę, ale nigdzie nie było aż tak sympatycznie.

Równolegle do głównej ulicy ciągnie się bazar, podzielony na sekcje. Najpierw owoce i warzywa, później mydełka, ubrania i rzemieślnicze tematy. Nikt nie zaczepia, nie krzyczy, nie wciąga Cię na siłę do sklepu oferując cuda tylko u siebie. Robię zdjęcia, nagrywam bez problemu, ktoś rozdaje herbatę, życzę wszystkim miłej pracy.

Uśmiecham się do dzieci, które patrzą na mnie swoimi dużymi brązowymi oczyma. Macham do nich, one robią to samo.

Słyszę czasem jak panowie między sobą o mnie mówią zastanawiając się czy jestem z Rosji. Chociaż tutaj w Turcji raczej pytają po prostu skąd jestem, nie zakładając od razu, że z Rosji, za co propsuję.

Mam w sobie tyle poczucia wdzięczności, że mogę tego wszystkiego doświadczać. Że mogę przez chwilę być częścią tego świata. Nawet, jeśli zakradłam się tylko przez przypadek i tylko na chwilę. Podróżowanie w pojedynkę ma to do siebie, że odbierasz wszystko dwa razy mocniej, doświadczasz, przeżywasz. Łatwiej nawiązujesz znajomości.

I dodatkowo to poczucie wolności, że właściwie nic nie muszę. Mogę siedzieć, patrzeć i się zachwycać tak długo jak zechcę.

Z drugiej jednak strony jestem odpowiedzialna za wszystko, jeśli czegoś nie ogarnę, a czasem się zdarza, hahahaha czasem, to trzeba później ratować sytuację i liczyć na pomoc dobrych ludzi.

Mimo wszystko podróże to coś, co sprawia, ze żyję naprawdę.

Dzisiaj był przypał i to dość mocny, ale to dlatego, że sama zlekceważyłam moje uczucia, moją intuicję, która dość jasno dawała mi znać, ze coś nie gra. Nic się nie stało, smaczki pozostawię moim znajomych, Wam powiem tylko moje drogie dziewczyny, że podstawowe zasady podróżowania w pojedynkę to: nie chodzę po zmroku i nie wchodzę do obcych domów z nieznajomymi facetami.

A jeśli chcecie podróżować jak ja na yolo, to złamcie je wszystkie 😀

TURCJA WCHODNIA PAMIĘTNIK

Turcja – czyli jak jestem nieprzygotowana do hammamu

Tą podróż organizuję zupełnie inaczej, to znaczy, nie mam planu, tworzę go na bieżąco. Właśnie go zmieniłam o 180 stopni. A kto mi zabroni? 😛

Nastawiam się na przeżywanie, doświadczanie, chwytanie chwil, jakkolwiek Coelhowo to brzmi.

Tam więc stwierdziłam, że wybiorę się do hammamu. Byłam już kiedyś, ale takim wiecie, w 5* hotelu. Luksusy i te sprawy, teraz chciałam naprawdę.

A naprawdę to jest tak, że wcale nie łatwo go znaleźć. Schowany jest przed ciekawskimi oczyma turystów. No, ale nie ze mną te numery!

Znalazłam. Wcześniej na internecie znalazłam godziny, w których mogę się udać do hammamu, gdyż panie i panowie mają osobne godziny urzędowania. Oczywiście panowie mają ich więcej…

Przychodzę jakieś 1,5 h przed zakończeniem naszego babskiego czasu. Wchodzę, kieruję się na stronę damską i od razu, bez żądnego ostrzeżenia wchodzę do sali wypełnionej półnagimi kobietami. Siedzą sobie na ławach w typowe tureckie wzory, chillują, odpoczywają. Taki rest room.

Ale najbardziej zaskoczyło mnie to, że serio, można tam było wejść od tak, niemal z ulicy!

Podejrzewam, ze miejscowi wiedzą, że nie wolno. Turyści tu nie dojdą.

Pani, która zgarnia kasę siedzi po turecku na środku. Kiwa na mnie, pyta czy chce do hammamu, mówię, że tak. Pytam co mam zrobić. Druga babeczka zabiera ode mnie rzeczy, także telefon, wkłada do szafki i daje kluczyk. Pokazuje mi moje miejsce, każe się rozebrać do naga i daje tylko taką chustkę do przewiązania.

No dobra, jak wszystkie, to wszystkie.

Idziemy do hammamu. Jest gorąco, duszno, z kranów leje się wodą. Dostaję swój kranik, dostaję mydło, miseczkę, mam się umyć.

Cała?

Cała. Włosy też.

Włosy też?

Moje włosy nie lubią się z takimi zabawami, no ale dobra, a chuj przygodo, najwyżej umyję je jeszcze raz w hotelu.

Nie muszę chyba wspominać o tym, że hotelowa wersja hammamu była lajtowa, więc i tutaj przyszłam w pełnym makijażu, z doklejonymi rzęsami. Już po chwili był cyrk, kiedy klej do rzęs dostał mi się do oczu. Na rany Chrystusowe, przyjechała Europejka do Turcji.

Co ciekawe, obok mnie była dziewczyna z córeczką, czyli już nawet dzieci korzystają z uciech hammamu. Dziewczyna uśmiechała się do mnie przyjacielsko.

Trochę dalej, młoda dziewczyna, na oko 16 lat, była myta przez mamę (?), ktoś inny rozczesywał jej włosy. Być może przygotowywała się na jakieś ważne wydarzenie, a może świętowała urodziny, a może po prostu dzień życia?

Myję się i polewam wodą. Nie będę kłamać, uwielbiam wrzątek, dla mnie ta cała ceremonia jest niezwykle odprężająca.

Patrzy na mnie cały czas babka na oko 40-50 lat, uśmiecham się. Nic. Pyta mnie o coś po turecku. Odpowiadam Polonya i anlamadim, co powinno wyjaśniać wszystko. Mówi coś do mnie dalej, ja wciąż, że nie rozumiem. Pani już nic nie mówi, ale obserwuje mnie do końca mojego pobytu tutaj.

Myję się, włosy także. Najpierw ubrana w chustę, później już zupełnie nago.

Atmosfera tego, że kobiece ciało jest normalne, że jest piękne, jakiekolwiek by nie było udziela mi się dość łatwo. Zdjęcie stanika przychodzi mi, tutaj tak łatwo jak u nas zamówienie kawy w Maku.

Umyłam się, siedzę i czekam. Pani zabiera mnie na marmurową płytę na środku hammamu, zazwyczaj jest ona podgrzewana.

Pani mnie rozbiera, kładzie moją chustę na kamieniu, ja kładę się na niej. Pani ma w ręce rękawiczkę z ostrą powierzchnią. Dosłownie zdziera ze mnie druga skórę, co momentami jest mało przyjemne. Ja pomimo tego, ze robię raz w tygodniu peeling i używam szczotki na sucho przeżywam jakieś nowe doznania 😀 Ale muszę przyznać, że chyba nigdy moja skóra nie była tak gładka.

Pani każe mi patrzeć, jak pozbywam się łusek i pyta czy jestem z Ameryki. Hmmm… tego nikt mi jeszcze nie zarzucił 🙂

Ciekawa jestem czy rękawiczka była zdezynfekowana albo wyparzona, bo w takim otoczeniu bakterie mają eden 🙂 Pani zdziera ze mnie skórę zewsząd, nawet z twarzy.

Każe się opłukać. Znowu się polewam gorącą wodą.

Kolejny etap to masaż. Znów się kładę na kamieniu, znów nago. Pani zaczyna masaż, jednak jeśli myślisz, że jest to coś przyjemnego to nie – raczej połączenie fizjoterapii z tajskim. Pani naciąga mnie na wszystkie strony, momentami nawet poddusza 😀 Ale nie dziwię się już, że oni wszyscy tak po turecku lekko siedzą, są rozciągnięci!

Masaż pani odbywa namydlając moją skórę, więc po tej przyjemności – nieprzyjemności należy znów się opłukać. Dostaję ręcznik do osuszenia się i mogę przejść do części relaksacyjnej.

Może dziwne, nie dziwne, nie wiem, ale zupełnie nie mam tutaj poczucia, że powinnam się zasłaniać. To moje ciało, to po prostu ciało. Tyle.

Wszystkie Panie są żywo zaciekawione skąd jestem, dopytują jak się nazywam. Wśród nich jest jedna młodsza, która rozmawia ze mną po angielsku. Gdy słyszą, że jestem w Turcji po raz 3 ożywiają się zadowolone, dopytują czy mi się podoba. Podoba potwierdzam.

Ubieram się i płacę. 100 lir za przyjemność, czyli jakieś 50 zł. Czy cena uczciwa czy zawyżona dla obcokrajowca, nie wiem. Przecież i tak się nie dowiem.

Wychodzę jakby 10 kilo lżejsza i 10 lat młodsza, czuję się cudownie, więc nie ma to znaczenia.

Jeśli ogarnę w Polsce jakiś hammam to będę korzystać, bo to jest tak przyjemne, że ja nie mogę! Nie dziwię się, że sułtanki chillowały przy rodzynkach, oblewane przez służące gorącą wodą i myte dokładnie aż do stópek.

Cudowne przeżycie!

TURCJA WCHODNIA PAMIĘTNIK

Sama w podróży przy granicy z Syrią

Ten dzień był chyba najdziwniejszym dniem w moim życiu.

Zjadłam pyszne śniadanie, opuściłam pokój, zostałam na chwilę jeszcze na przepięknym patio, żeby ogarnąć wpis na bloga, instagram i inne tematy. Wczesnym popołudniem miałam autobus do Mardin. Nauczona doświadczeniem wiedziałam, że otogar jest jakieś 20 -30 minut od centrum, więc niemal godzinę przed autobusem muszę się już zbierać.

Obsługa hotelu była świetna, Pan zrobił mi herbatę, wodę donosił, mówił, że mogę pracować jak długo zechcę, pytał czy niczego nie potrzebuję, no przekochany. To ten, co mnie tak futrował dzień wcześniej arbuzem i pistacjami 🙂 Mówił mi, że dla takich pięknych kobiet jak ja drzwi tego hotelu zawsze są otwarte i gdybym czegoś potrzebowała, to mam dzwonić! Świetne miejsce, na pewno będzie w polecanych hotelach.

No dobra, dochodzę to dworca autobusowego, ale takiego miejskiego, wiecie, bez międzymiastowych. Mówię, że chcę kupić bilet. Pan w hotelu mi mówił, że na dworcu. Na dworcu każą mi iść na przystanek i że w autobusie. W autobusie chłop nie chce pieniędzy, pyta tylko czy na otogar, mówię, że tak, jadę.

Jest 41 stopni na liczniku autobusowym i zero klimy. Nice.

Wysiadam, widzę dworzec i się zastanawiam jak tam dojść. Pan obok pyta czy otogar, ja, że evet. No to tamam, gidelim, idziemy razem, rozmawiamy. Z moim tureckim. Pan pyta gdzie jadę, w jakim hotelu spałam, ile nocy, dopytuje czy Hilton. Hilton to jak znajdę tureckiego męża, na razie budżetowo proszę pana. Odprowadza mnie do drzwi i się żegnamy.

Wchodzę na dworzec i dobiega do mnie kakofonia głosów. Sprzedawcy biletów wykrzykują miejscowości i ma się wrażenie, że kto głośniej krzyknie, ten wygra. Dupa, ja mam już bilet.

Nie ma wyświetlacza, więc podchodzę do okienka i pytam skąd odjeżdża mój autobus. Pan wyraźnie zadowolony, że przyszłam, strapił się, gdy zobaczył kupiony już bilet i odesłał do kolegi. Kolega już krzyczy guzel z daleka i też się trapi, ze bilet już kupiony, ale mówi, że platform 6. Mam jeszcze chwilę, to idę se siąść.

Siedzę se kulturalnie i jem, i podchodzi Pan, pyta gdzie jadę, o której i mówi, że platform 6, ok!

Idę do toalety, pani myje nogi w umywalce. Nie to, że nogi myje, ale że jaka wyćwiczona!

Idę na platform, zaczepia mnie kolejnych trzech panów, którzy potwierdzają, ze Mardin to o 2 z platform 6. Skąd oni to wszystko wiedzą?

Ok, przyjeżdża. Na platform 4. Siedzę, wstaję, pan mówi, to nie ten, inny mówi, że jednak ten. Kolejny, że nie. Siedzę obok pani w niqabie, uśmiecha się do mnie i mówi, że mam iść. Ok. Idę, pan steward potwierdza to tu. Idę oddać bagaż, drugi pan steward mówi, że nie. Na co ja do niego: jak nie? Przecież tutaj jadę – jak się zaczynam irytować to nadaję po polsku. A co, oni do mnie turecku gadają. Poszedł zapytał, ok, możesz jechać.

Tym razem autobus jechał rzeczywiście mniej więcej tyle ile miał, półgodzinne opóźnienie to żadne opóźnienie przecież! Po drodze zatrzymaliśmy się na dworcu w Kızıltepe – to jest tuż przy granicy z Syrią tak niemal bezpośrednio. Prawdę powiedziawszy, zrobiło to miasto na mnie bardzo złe wrażenie. Nie wiem, jakoś czułam się tam niekomfortowo. Ale niekomfortowo czułam się tez na dworcu w Rzymie, niekomfort to niekomfort.

Po drodze na trasie Sanliurfa – Mardin właściwie mija się tylko zakłady przy drodze. Nikogo nie było na zewnątrz, tylko dzieci gdzieś goniły samopasem.

Wysiadam na otogari w Mardin. Cisza, spokój. Jak nie Turcja. Nikt mnie nie zaczepia, nie chce pomóc. Podchodzę do jednego chłopaka, pytam jak dojść do centrum, albo jak wziąć autobus, bo moja apka nie ma tego miasta. Nie ma, tylko taxi. Aha. Jest 40 stopni, mam plecak, droga jest pod górkę i ma trwać według google prawie godzinę.

Chuj, idę. No i idę kawałek i zaczynam jednak szukać taxi, jak na złość nie ma. Idę dalej. Zatrzymuje się jeden facet kawałek ode mnie, ale chyba jeszcze nie mam na tyle odwagi, by wsiąść do obcego samochodu. Jakbym już tego wcześniej nie robiła. Udaję, że moja sytuacja jest opanowana i klarowna, wcale nie potrzebuję pomocy.

Idę dalej. Po 10 minutach przeklinam na czym świat stoi i dziękuję Bogu, że mam wodę. Co jakiś czas przejeżdżają obok mnie autobusy, przecież miało ich kurwa nie być??

Podchodzę na przystanek, brak rozpiski. Google maps nie działa na komunikacje miejską w Turcji. Ideolo. Siedzę chwilę i myślę. Nic nie wymyśliłam, więc idę dalej.

Najwyżej wezmę jednak tego stopa. Odwracam się, jedzie autobus. Patrzę na kierowcę, tylko patrzę. Co on w tych oczach zobaczył to nie wiem, ale stanął obok mnie na dwupasie. Pokazuje mu na mapie, gdzie jest mój hotel. Mówi siadaj. Ok, siadam. Pyta kolegi, kolega potwierdza gdzie jest i coś jeszcze. Super. Siedzę i mnie wiozą, to najważniejsze.

Jedziemy, po chwili pyta czy mam kartę miejską. Nie mam. Problem yok!

Dojeżdżamy do miasta, Pan łapie inny autobus – krzyczy do chłopaka, że ma mnie zabrać i zawieść do hotelu. Wysiadam i wsiadam do drugiego autobusu, który na mnie czeka. Of kors nadal bez karty. Problem yok!

Dojeżdżam do centrum i już teraz wiem, że bym nie doszła, ni chuja. Godzina z tym plecakiem, pod górkę przy 40 stopniowym upale to bardzo zły pomysł.

Wysiadam prawie przy hotelu i myślę sobie, że ja mam chyba ogromne szczęście. Albo jestem taka głupia, jedno z dwóch.

Idę jeszcze kawałek do hotelu, kilka minut, wszędzie pełno ludzi. Wszyscy mimo upału świeży, a ja modlę się o wodę pod prysznicem. Jedne schodki, drugie, matko, aż tyle nagrzeszyłam? Patrzę w ekran telefonu, gdzie ten hotel jest i nagle słyszę głośne: hey! Przechodziłam obok wielu sprzedawców, jednak ten się drze głośnej, odpowiadam pozdrowienie. A chłopak, pamiętasz mnie? Kuźwa, myślę se pomylił mnie z kimś, po czym dodaje: Anna. Fuck. Nie pomylił. Patrzę na gościa i nie wiem czy coś robiłam po pijaku, czy jak? Po czym on dodaje couchsurfing, ufff.

Dupa uff, przypominam sobie jednak. Pisał do mnie chłopak, gadaliśmy trochę, ale stwierdziłam, ze chcę być w Mardin sama. No i wpadłam. Co najlepsze, jest sklep był tuż obok hotelu 🙂

Wpadłam, nie wpadłam, coś po czym ja się kieruję przy doborze ludzi wokół siebie jest energia. Jak rozmailiśmy na żywo pomyślałam sobie spoko, fajny koleś, szczery. Żadne złe wibracje nie wypłynęły. Dobra, będę sama gdzieś indziej 🙂

Nie ma przypadków 🙂 więc widocznie tak miało być 🙂

Aaaaale! Ta historia ma ciąg dalszy!

A Mardin jest tak niesamowite, że zaczynam się zastanawiać czy nie zostać tutaj jeszcze jednego dnia 🙂

P.S. Marzyłam o wodzie w kranie? Woda była, tylko nie leciała z prysznica, tylko rzeczywiście z kranu, jakieś 30 cm nad ziemią. Kuźwa jak ja tu włosy umyję? Po 10 minutach Anna-prysznic 1:0

TURCJA WCHODNIA PAMIĘTNIK

Dzień trzeci w Turcji – mój mąż ma na imię Piotr!

Sanliurfa jest miastem bardzo klimatycznym, czuć tutaj bliskowschodniego ducha. Klimat jest bardzo lokalny, chociaż znajduje się też tutaj cała masa turystów. Dlaczego? Turcy wierzą, że to tutaj w jaskini narodził się prorok Abraham. Na nic się zdają tłumaczenia archeologów, że to chyba jednak nie tutaj…

No i tak Sanliurfa została muzułmańską Jerozolimą.

Mój hotel mieści w starym budynku, brak wody czy elektryczności nikogo nie dziwi prócz mnie. No dobra, spoko, ogarniemy. Powerbanki zawsze mam na podorędziu.

Nikt tutaj raczej nie zwraca na mnie uwagi, chociaż turystów z zachodu tutaj raczej nie ma. Chodzę po lokalnych miejscach Hani – czyli takich karczmach chyba można nazwać, gdzie kiedyś były gospody razem z hotelami, ze względu na położenie miasta na jedwabnym szlaku handlowym. Jem kolację w miejscu, które pamięta starożytność, nice.

Na targu też jest ok, bez zbędnego zaczepiania.

Co ciekawe, można wyjść na ulicę o północy i nadal będzie tam pełno ludzi. Dzieci bedą kopać w piłkę, staruszkowie będą siedzieć na ulicy i pić herbaty, albo jeść lody z jednego pudełeczka (pisałam o tym na stories 😅).

Wchodzę na teren meczetu Ulu Cami – cały czas mówię Umi. I o ile Ulu znaczy bodajże wielki, to ulu to jest moja własna nazwa 😅 Kręcę się po terenie, w rogu śpi starzec, w drugim roku kot. Cisza, spokój. Myślę, zajrzę do środka.

Kieruję się do drzwi, zerkam w prawo i widzę… Jezusa. Matko Święta, nie przesadzam! Siedzi na posadzce, obok Koran, w ręku subha – muzułmański spór modlitewny. Przyodziany jest w białe szaty, głowę ma okrytą, długie włosy i broda. No Jezus jak malowany.

Pytam czy mogę wejść. Mogę. Buty mam ściągnąć. Ok. Pokazuje mi na wodę, myśleć szwajki umyć? Pytam w trzech językach i na migi czy myć? On mówi, że nie trzeba myć. Spoko.

Wchodzę do meczetu, w kącie jakiś chłopak uczy się angielskiego online i powtarza na głos. Chodzę po dywanach – bardzo lubię to uczucie w meczetach delikatnego materiału pod stopami.

Jezus przed wejściem mówił mi, że tu jest coś ważnego. No i rzeczywiście jest coś na kształt studni.

Wychodzę, zaczynamy dalszą część konwersacji. Dowiaduję się, że pan jest z Azerbejdżanu. Rozmawiamy po turecko-rosyjsku. Możecie sobie tylko wyobrazić tą rozmowę. Pan każe mi wody nabrać do butelki, bo święta, cuda czyni. Nabieram, z tyłu głowy wiedząc, że nie powinnam jej pić. Myślę se, mam połowę swojej butelkowanej wody, się wymiesza.

No, ale nie. Pan każe pić. A chuj przygodo, nabieram do ręki i piję trochę. Najwyżej będzie, wiadomo…

Pan każe twarz przemyć. No nie, tego już za wiele! A makijaż? No, ale wszyscy patrzą, kilka osób przyszło. Przemywam twarz, trudno, będą zdjęcia z tyłu.

Pan pyta skąd jestem, ja, że Polonia, miło. Pan pyta gdzie mąż. No przecież! Jak to nie mieć męża. Kłamię, mówię, że został w Polsce, nie przyjechał. Nie przyjechał? Pan się dziwi, no nie mógł, kłamię dalej. A dzieci są? Nie ma. Oby były, inshallah. Se myślę, no oby nie. Pan jest miły, chce dobrze, ja wiem. Ale tak mnie irytują te pytania o męża. Jakbym nie figurowała w systemie, bez Pana u boku.

Gawędzimy dalej. Pan mówi, że ma Koran po rosyjsku, z niego się nauczył tego języka. Ale polskiego nie ma.

Pytam, czy mogę mu zrobić zdjęcie. Prosi, by nie. Szanuję.

Pyta czy mam whatsappa, bo jego telefon ukradli jak spał. Ale to gdzie indziej, w innym mieście. Mówię, ze mam i zapisuję polski numer, bo tego tureckiego nie pamiętam. Pan obiecuje mi przesłać zdjęcia meczetu jak tylko ogarnie telefon. Miło bardzo.

Zapisuje moje imię i pyta o imię męża. Szybko, Anna, myśl. Piotr, strzelam. Pan dopisuje Piotra. Fuck.

Kłamię w miejscu świętym Jezusowi, no brawo Anna, brawo.

Gadamy jeszcze chwilę, biorę mu z ręki tą kartę i skreślam Piotra, mówię, że męża nie ma. Jak to nie ma? Przerażenie w oczach pana było tak szczere! Mowię, że jestem tylko ja. On, że rozumie. Pewnie myślał, że Piotr to łotr.

Od tego człowieka biła taka dobra energia, takie żywe zaciekawienie mną, nie mogłam stamtąd odejść z tym Piotrem. W sumie nie wiem czemu skłamałam, może miałam już dość pytań o męża?

Pan mówi, żebym przyszła wieczorem, bo coś się dzieje i jest ładnie. Mówię to mojemu koledze – nic tam się nie dzieje więcej niż za dnia, słyszę.

Ale wracam wieczorem, wieczorem też Pan jest. Pan tam mieszka, na terenie meczetu. Po drodze spotykam polską parę, więc wszyscy razem go odwiedzamy. Rozmawiamy długo. Pan się rozpromienia, gdy mnie widzi. Mówi, że ma mój numer, pokazuje karteczkę.

Pan od 8 lat jest na poście ramadanowym, je tylko po zachodzie słońca. Modli się, prowadzi życie pustelnika. Rozmawiamy o wierzę, o różnicach i podobieństwach. Wiadomo, każda wiara najlepsza.

Meczet zbudowany jest na terenie byłego kościoła. Zgodnie z legendą Jezus miał korespondował z króle Abgarem, który prosił o go o uzdrowienie. Jezus nie mógł wówczas przybyć, ale miał wysłać chusteczkę ze swoją podobizną, która uleczyła króla. Chusteczka ta ma się znajdować w tej studni i dlatego woda ma być uznana za świętą. Korespondencja jednak w kościele katolickim została podważona.

Pan na koniec powiedział, kilka pięknych rzeczy: jeśli szukasz odpowiedzi, to nie martw się, ona przyjdzie, bo jeśli szukasz prawdy, to prawdę zawsze dostaniesz.

Powiedział też, że najważniejszą rolą kobiety jest bycie matką. Fuck, a było tak miło…

TURCJA WCHODNIA PAMIĘTNIK

Dzień drugi w Turcji – czyli jak nie podróżować?

adana-turcja-meczet

Jestem w Turcji niespełna 48h, nawet nie, a w głowie już mam tyle przemyśleń, że potrzebowałabym chyba tygodnia, żeby sobie je ułożyć. Dodatkowo cały czas coś się dzieje, cały czas jest ktoś obok, rozmawia ze mną. Podobno tak to bywa, kiedy podróżujesz w pojedynkę. 

I to jest super, ale ja osobiście potrzebuję jeszcze ładować energię. Sama. Bez ludzi i bez rozmów. Dlatego na przykład nie wybieram hosteli, bo chcę mieć przestrzeń dla siebie. 

Bardzo szybko w głowie przestawia mi się język, aktualnie operuję angielskim i trochę tureckim w głowie, i już mam ochotę kończyć zdanie w obcym języku. Mózg to jednak głupie stworzenie 🙂

 No dobra, nie wiem o co to chodzi z tymi otobusami w Turcji, ale czasowe to one na pewno nie są. Jeśli na bilecie pisze, że w miejscu x będziecie o 16, to będziecie o 19. Czemu? Nie mam pojęcia. Myślałam, że tylko ten nocny jakiś taki, ale nie 😅 

No dobra, dojeżdżamy na jakąś stację benzynową, wysadzają nas. Myślę se, spoko, nie wnikam. Ogarnęłam w apce transport do miasta, robię packing moich tobołów, podjeżdża busik. Taki mini. Każą mi wsiadać. Ja, że nie chcę, oni, że to na dworzec, ja mówię, że tu jest ok, oni, że wsiadać mam. Stoję taka i se myślę, no nie dadzą mi spokoju. Wsiadałam. Wszyscy szczęśliwi.

 Na dworcu u mnie panika, jak się dostać na ten przystanek, z którego coś jedzie, of kors pomocnicy zewsząd. Jestem niewyspana, zmęczona, jest gorąco, pomimo tego, że nie ma jeszcze 8. No typowy wkurw. Nie chce z Wami gadać, dajcie mi spokój 😅 

Docieram do przystanku, widzę mój autobus, odjeżdża. Spoko, i tak nie mam biletu. Idę na stację benzynową (w ogole jaki standard!) pytam gdzie bilet kupić – tłumaczę w google. Pokazują tam – ok idę, nie ma nic. Chyba przystanek jest za to kolejny. 

Podjeżdża chłopak, pyta gdzie idę. Mówię, że nie potrzebuję pomocy. Idę dalej, zaś podjeżdża, sytuacja się powtarza. Za trzecim razem mowie, gdzie chce dojechać – otwiera drzwi, mówi wsiadaj, zawiozę Cię. Nie mam nawet siły już dyskutować, a chuj przygodo! 

Rozmawiamy na tłumaczu, trochę kaleczę turecki. Zawozi mnie pod meczet, pyta jakie dalsze plany. Opowiadam, że w południe mam otobus do Şanlıurfa . Jesteś głodna? Ja, że nie. On – na pewno jesteś, zabiorę Cie na śniadanie. 

Kolega robi zakupy i zabiera mnie do… swojego domu. I uwaga! To jest coś, czego nie robić się nie powinno. O ile stop jeszcze ok, to to – nie bardzo. Ale! Wcześniej, gdy rozmawialiśmy i powiedziałam, gdzie jadę – powiedział mi – uważaj na siebie, jesteś sama, nie znasz tych miast. Okazał troskę, druga rzecz – powiedziałam, że nie wejdę do obcego domu – pokazał mi osiedle, kamery, okolice. No i trzecia, najważniejsza dla mnie – moja intuicja. Albo po prostu miałam wyjebane 😅 

Okazało się, ze w domu jest jeszcze kilka dżentelmenów, którzy kończą śniadanie. Po śniadaniu przechodzą do interesów. Okazuje się, że jeden z nich to przyjaciel od dzieciństwa, reszta to jacyś partnerzy. Goszczą mnie. Wiecie jak to jest, jeść jak wszyscy patrzą? 😅 Mega się stresowałam, teraz sobie myślę, że to było super miłe! Gdzie Cie coś takiego spotka, jak nie w Turcji?

 Chłopaki zawożą mnie do miasta, bo poprosiłam o czas na stories, zdjęcia, etc. Przyjeżdzają po mnie, gdy kończę i wiozą na otogar. Kolega, który mnie zgarnął, sprawdza bilet, upewnia się, z którego postoju odjeżdżam. Płaci za moją wodę! Poi mi salgam, czyli sokiem z kiszonych marchwi.

 Kiedy dostaje telefon, to przeprasza, że nie może poczekać ze mną. Później się dowiaduję, że tego dnia wygrał przetarg, miał w cholerę roboty, ale to nie miało znaczenia. Prosi, bym dała mu znać, gdy wsiądę na autobusu. Robię to, kilka minut po starcie. Otrzymuję zwrotkę, że on wie, bo już dzwonił do firmy przewozowej. Przed chwilą jak to piszę pytał, czy dotarłam bezpiecznie. 

Ludzi dzieli się tylko na dobrych i złych. Koniec i kropka.

 Jestem teraz w Sanliurfa, w mieście, które pokochałam od pierwszego wejrzenia, OMG. Kto mnie odebrał z otogar? Kolejny dobry człowiek 🙂

TURCJA WCHODNIA PAMIĘTNIK

Pierwszy dzień w Turcji – jak popieprzyłam drogę

turcja-antalya-traveler

Nieoficjalnie ten cykl nazywać się będzie „Anna, coś Ty zaś odjebała?”. Oficjalnie będzie to po prostu Turcja daily, czyli mały backstage z mojej podróży po Turcji Wschodniej.

Ale, żeby nie było – nazwa zobowiązuje – nadpisałam sobie zapiski z pierwszego dnia. Powinni za to dawać medale: „jak możesz sobie jeszcze bardziej utrudnić życie?!” 🙊

Turcja to stan umysłu, serio. Tutaj mają takie powiedzenie: burası Türkiye! Co oznacza ni mniej ni więcej, tu jest Turcja, co dosłownie oznacza – wszystko jest możliwe. W tym kraju dziwi mnie tak wiele rzeczy, jednocześnie nie dziwi mnie już nic, bo to przecież Turcja jest.

Niemal nigdzie bym nie poleciała, po raz pierwszy w życiu zrobiłam tyle przypałów na lotnisku – wpadłam trochę później niż zazwyczaj, więc jak tylko zobaczyłam na ekranie Antalya to ustawiłam się w kolejce. Po drodze był wypadek, korki, a na parkingu brak miejsc… byłam już chyba zakręcona i stanęłam do, nosz kurwa, złej… W ogóle mnie nie zastanowiło, że jest inna godzina i inna linia. Nie wiem, co sobie myślałam, serio. No więc stoję w tej kolejce niemal godzinę, by się dowiedzieć, że przecież to nie tutaj… Jprd 🤬

Znalazłam odpowiednie stanowisko odprawy, szybko przeszłam i biegnę do kontroli bezpieczeństwa – kolejka długa jak nie powiem co. Myślę, dobra, szybko pójdzie. No na pewno. Postałam kwadrans, po czym postanowiłam się przepchać do przodu. Poszło. Pytam grzecznie państwa przed zaraz przy wejściu na kontrolę, czy mogę przejść, bo mam już boarding. Oni też mają, myślę spoko, mają prawo. Pytam kolejnych – ale niby dlaczego, boarding, no i co z tego? Matko Bosko… Serio, samoloty nie latają na wezwanie. I wiecie co? Babka z kontroli sczytała mój bilet i kazała iść na kontrolę, no sorry 😋 Zawsze mnie to dziwi, że ludzie, którzy jadą na wakacje już są źli od samego początku.

Naprawdę nie wiem co się działo tego dnia, ale kontrola to był jakiś koszmar Wlekła się jak nigdy. Być może przez takich ludzi jak ja, którzy zapominają, że mają w plecaku laptop i że trzeba go wyciągnąć przecież. Dodatkowo pikałam, zawsze pikam, już mnie to nie dziwi.

Przepraszam grzecznie za tego laptopa, no bo raczej grzeczna bywam. Uśmiecham się też ładnie, a Pan mi mówi, że powinien mnie cofnąć. Mój wzrok to było pomieszane: wtf i serio?! A być może po prostu żartu nie skumałam, bywa i tak. 😶 Weszłam niemal ostatnia na pokład samolotu.

Nie boję się latać samolotem. Wierzę, że pilot też nie chce zginąć 😉 Podczas tego lotu i turbulencji martwiłam się jedynie, żeby mi się kawa nie wylała. Najwyższy wyraz zmanierowania 🤟

Wylądowałam, gorąco, turyści się cieszą, ja przeklinam, że ciepło i plecak ciężki. Niby spoko, wyprofilowany, ale jednak ciężki. Mogłam nie brać tyle ubrań, chociaż jak na mnie to nie wzięłam prawie nic. Byłam na tym lotnisku w maju, kojarzyłam więc, co, gdzie i jak mniej więcej, ale nijak nie mogłam znaleźć pociągu. Tyle zapamiętałam ze sprawdzania w Polsce. Jestem tak nieprzygotowana do tej podróży, jak nigdy. Człowiek planu zamienił się w człowieka yolo, zobaczymy co z tego wyjdzie.

Po kwadransie łażenia po lotnisku z plecakiem i szukania pociągu, bez internetu, bo karty na lotnisku były mega drogie (teraz wiem, że trzeba było brać, bo na mieście są drogie tak samo 😌) Serio to był moment, w którym się zastanawiałam po co ja to właściwie robię, czy jest mi to potrzebne? Szybko coś ten kryzys przyszedł, ale mówię Wam jak jest. Aktualnie w Turcji jest 40 stopni, niestety nie przesadzam i ta temperatura też nie pomaga. Świetnie taka podróż weryfikuje wiele rzeczy – jesteś przecież tylko TY.

Ok, znalazłam pociąg. Idę. Nie, trzeba się wrócić tam gdzie właśnie byłam. Nosz kurwa. Trzeba iść na peron do góry. Ok. Bramki, bilet. Jak kupić bilet? Maszyna do biletów, jest! W tym momencie woła mnie chłopak, odbija swoją kartę i próbuje tłumaczyć, w jaki sposób dojechać do starego miasta. Wydaje mi się, że zrozumiałam. Okazuje się, że tylko mi się wydaje.

Za mną wchodzi do pociągu para, chyba z UK, zrozumieli tak samo jak ja, więc jedziemy. Na ostatnią stację. Na ostatnią stację! Wychodzę z pociągu widzę jakieś zakłady, zero vodafone (turecka sieć internetowa) i na pewno nie stare miasto. O mamo. Zaczepiam chłopaków i pytam gdzie iść. Oni tylko turecki, ja turecki ciut ciut, ale na tyle, by skumać, że mam wracać kolejką. Great.

Idę przed siebie, po kilku minutach stwierdzam, ze to bez sensu. Odwracam się, idzie za mną jeden z chłopaków. W ręce ma telefon i włączony tłumacz google. Pyta, gdzie chcę jechać i co potrzebuję, mówi, że ok, pomoże. I pyta czy nie napiję się herbaty. A chuj, a co tam, napiję się.

Gadamy dłuższą chwilę przez transalora, chłopak mówi, że mnie zawiezie, gdzie będę chciała. Pyta, czy mam męża. Nie mam odpowiadam zgodnie z prawdą. Taka ładna i bez męża?! Zaczyna się, myślę. Zastanawiałam się przez chwilę, czy nie mówić w podróży, ze mąż dojedzie albo, że nie mógł lecieć i jest w Polsce, ale jest w życiu. Stwierdziłam jednak, że nie o to mi chodzi. Chcę pokazać sobie i Wam, moje drogie kobietki, że możemy robić, to na co mamy ochotę, bez męskiego opiekuna. Jesteśmy pełnowartościowym człowiekiem, nawet bez obrączki na palcu. Dlatego postanowiłam mówić prawdę. Chociaż… ok, za 2 dni i tak skłamałam.

Dostałam świeżą herbatkę, rozmowa się klei na poziomie googlowym, przyjeżdża szef zakładu, brak jednego z chłopaków. Ooooo, skąd jesteś? Co robisz w Turcji? Gdzie jest mąż? No ludzie 😂

No dobra, czas leci, chłopaki pracują, herbata wypita czas się zbierać. Nooo, ale przecież Cię zawieziemy. Mówię, że nie chcę robić kłopotów, przecież widzę, że pracują, a ja pojadę pociągiem. No jak to tak? Po negocjacjach dobiegających kwadransa, jeszcze raz dziękuję za wszystko i zakładam plecak na ramiona. Inaczej się chyba nie da 🙂

Skąd mój pośpiech? Bo miałam już zabukowany nocny autobus do Adany, a widząc jak pieprzę drogę, lepiej by było, żeby wyszła wcześniej. Z pomocą pana kupuję bilet na dwa przejazdy, akurat przyjeżdża pociąg, uff. W biurze u chłopaków łapię Wifi i sprawdzam, na której stacji powinnam wysiąść. Jestem uratowana!

Wysiadam i nie poznaję miasta! Ta cicha Antalya z maja zniknęła! Teraz to miasto pełne ludzi, turystów, z otwartymi straganami. Schodzę do portu, mojego ulubionego miejsca w moim ulubionym mieście w Turcji, oddycham pełną piersią i zaczynam się śmiać! Czuję się jak Królowa Życia, ok, zrobiłam to! Jestem w podróży w Turcji, z plecakiem i samą sobą! Jak jest dobrze ❤ co prawda pieprzę drogę co chwilę i zachowuję się jakbym nigdy w życiu nigdzie nie była, ale jest tak dobrze! ❤

Mam już internet, po drodze poczęstowali mnie lokmą, czyli małymi słodkimi pączkami, które rozdaje się z powodu śmierci w rodzinie lub jakiejś dobrej sytuacji, np. założenia biznesu. Dowiedziałam się o tym zwyczaju później, ale osoby, które rozdawały lokmę nie wyglądały na smutne, wręcz przeciwnie, więc wierzę, że to na dobry omen!

Tym razem nie pierdzielę drogi, dojeżdzam na dworzec (chociaż była chwila zwątpienia), znajduję nawet swój nocny bus! Mówiłam już, że jestem dzieckiem szczęścia? 😀

Na dworcu zagaduję ze sprzedawcami herbaty, zaraz obok można kupić banany, nikt się właściwie nie spieszy, chociaż przecież wiadomo, to jest dworzec. Chwilę później jadę już do Adany najbardziej komfortowym autokarem, w jakim kiedykolwiek miałam przyjemność siedzieć. Pojedyncze siedzenia, pełen serwis, przekąski, woda, gniazdka do ładowania, ekran multimedialny…

Turcja, gdzie kobiety zakrywają włosy, tradycja jest bardzo ważna, gdzie tak wiele rzeczy się odbywa się identycznie jak setki lat temu, z drugiej strony zachwyca mnie nowoczesnością na każdym krokiem, ale… Burası Türkiye, tu wszystko jest możliwe!

P.S. Relację na bieżąco relacjonuję także na moim instragramie takemetothetravel

EUROPA RZYM WŁOCHY

Rzym w jeden dzień – darmowy plan zwiedzania

Wieczne Miasto ma tyle do zaoferowania, że nawet spędzając w nim tydzień nie będziemy się nudzić. Moim zdaniem najbardziej optymalną długością podróży do Rzymu są 3 dni, ale jeśli nie masz tyle czasu albo traktujesz Rzym tylko jako miejsce przystankowe i masz zaledwie dobę na zobaczenie tego miasta, to gwarantuję Ci, że i tak dostrzeżesz jego piękno.

Poniżej znajdziesz gotowy plan podróży na zwiedzenie Rzymu w jeden dzień, ale muszę Cię od razu lojalnie uprzedzić – będzie ekspresowo!

Jeśli skorzystasz z mojego polecenia i zatrzymasz się w hotelu Fiori, o którym pisałam TUTAJ to do większości atrakcji w mieście będziesz mieć zaledwie kilka minut spacerem. Nawet podczas jednego dnia zrobisz tak wiele kilometrów, że wygodne buty to podstawa!

Rzym – darmowy plan zwiedzania w jeden dzień

6:30-7:00 Koloseum

Tak wiem, że jest wcześnie, ale gwarantuję Ci, że dzięki temu będziesz mieć całe Koloseum dla siebie. Z hotelu dojdziesz tutaj w niespełna 10 minut. Nie jedz wcześniej śniadania, zjesz je z niesamowitym widokiem. Tuż nad stacją metra znajduje się murek z widokiem na Koloseum, gdzie robiłam te zdjęcia (idąc od hotelu dojdziesz dokładnie w to miejsce).

Koloseum, czyli Amfiteatr Flawiuszy, ma niemal 2 tysiące lat! Został wzniesiony w I wieku naszej ery, a na jego arenie odbywały się Igrzyska Śmierci. Szacuje się, że zginęło tam półtora miliona ludzi i milion zwierząt. Na arenę mogło wejść ponad 50 tysięcy osób (tyle było miejsc siedzących), a opuszczać ją mieli w zaledwie kilka minut. Budynek został wybudowany zaledwie w 8 lat i zgodnie z legendą, póki będzie stało Koloseum, Rzym będzie istniał.

koloseum-rzym-włochy

7:30 Via dei Fori Imperiali i Forum Romanum

Idąc Via dei Fori Imperiali ulicą z Koloseum w stronę Placu Weneckiego, po lewej stronie będziesz mijać Forum Romanum, czyli najstarszy plac w Rzymie. Przy ulicy jest kilka punktów, w którym zrobisz piękne zdjęcie. Muszę przyznać, że Forum Romanum robi wrażenie.

Ulica sama w sobie także jest spektakularna. O tej porze ruch będzie niewielki – z jednej strony zobaczysz Koloseum, z drugiej Ołtarz Ojczyzny, za sobą Forum Romanum. Koniecznie musisz się tędy przejść, bo to ogromne muzeum na powietrzu!

Niestety ulica, pozostałość po czasach władzy Mussoliniego, wpłynęła na to, że wiele pozostałości po Forum Romanum zostało właściwie zniszczonych (zauważysz, że ulica idzie jakby „nad” rzymskim placem”.

rzym-włochy

7:40 Plac Wenecki i Ołtarz Ojczyzny

Przepiękne miejsce i nie mogłam go pominąć, tym bardziej, że jest naprawdę po drodze.

8:00-08:30 Fontanna di Trevi

O tej porze jeszcze spokojnie powinniście zrobić zdjęcia przy fontannie. Ogromna fontanna zajmuje niemal cały plac i wyłania się bardzo niespodziewanie. Zapewne zabierze Ci na chwilę oddech z piersi 🙂

Fontanna di Trevi jest symbolem Rzymu i nie sposób o niej nie słyszeć 🙂 Fontanna z XVIII wieku w stylu barokowym zasilana jest wodą z akweduktu Aqua Virgo z XVIV wieku p.n.e, którego pomysłodawcą był Marek Agrypa.

Kiedy już nacieszycie się przepiękną fontanną zapraszam wreszcie na śniadanie! Kawiarnia L’antico Forno mieści się tuż przy Fontannie. Wybierz jeden z pierwszych stolików, by cieszyć się widokiem podczas całego śniadania. Polecam cappuccino i cornetto (nadzienie czekoladowe jest pyszne, pistacjowe również), rachunek powinien wynieść niecałe 6 euro za włoskie śniadanie, ale lepszego widoku na fontannę z kawiarni nie znajdziecie!

fontanna-di-trevi-rzym-włochy

PRO TRAVEL TIP

Jeśli nie chcecie siadać w kawiarni i/lub macie własne śniadanie – po drugiej stronie od Fontanny znajduje się kościół Santi Vincenzo e Anastasio a Trevi. We Włoszech dozwolone jest siedzenie na schodach przed kościołem, jeśli tylko furtka będzie otwarta możecie tam usiąść.

Ja jadłam tiramisu siedząc przy Fontannie – na samym dole jest trochę miejsca do siedzenia, ale nie wiem do końca na ile legalnie to robiłam.

8:40 Galeria Sciarra

Perełka tuż przy Fontannie di Trevi, o której mało kto wie. Aktualnie to muzeum sztuki nowoczesnej, pierwotnie jednak była to część pałacu Sciarra Colonna di Carbognano. Twoim oczom ukażą się piękne freski, warto się przyjrzeć, bo spora część poświęcona jest roli kobiety.

9:00-09:30 Pantheon

Idealnie traficie na otwarcie. Warto zaczekać kilka minut, bo tuż przed 9 zbiera się kolejka. Jeśli macie jeszcze miejsce koniecznie wybierzcie się po maritozzo do pobliskiej kawiarni La Casa Del Caffe’ Tazza d’oro. Możecie je zjeść na miejscu przy barze albo zabrac ze sobą i usiąść na schodach przy Fontannie na placu tuż przed Pantheonem.

Pantheon to katolicki kościół, ufundowany i rzekomo zaprojektowany przez Cesarza Hadriana (tego od bramy w Antalyi). Co ciekawe to pierwszy kościoł katolicki, który został przemianowany z z pogańskiej świątyni, a sama nazwa oznacza „miejsce wszystkich Bogów”. Świątynia ma prawie dwa tysiące lat. Po wejściu spójrzcie w górę – zobaczycie oktopus o średnicy 9 metrów – jedyne miejsce, przez które wpada słońce do świątyni. Niesamowity spektakl tutaj odbywa się tutaj podczas przesileń słonecznych.

9:40 Kościół św. Ludwika Króla Francji

Zaledwie kilka kroków dalej mieści się Kościół św. Ludwika Króla Francji, w którym znajduje się pierwsze dzieło Caravaggia, czyli Powołanie św. Mateusza – bardzo polecam!

10.00 Plac Navona

Ogromny, ogromny plac z trzema fontannami, na środku jest największa z nich, czyli Fontanna Czterech Rzek. Wiecie, że jest ich w Rzymie ponad 2 tysiące? Możecie usiąść w cieniu i posłuchać szumu wody, jednego z dwóch dominujących odgłosów w Rzymie. Ja uwielbiam.

10.30 Via dei Coronari

Via dei Coronari jedna z najpiękniejszych uliczek w Rzymie. Ulica jest także bardzo elegancka, zamożna, znajdziecie tutaj wiele sklepów z antykami. Warto tutaj pospacerować.

Warto wstąpić tutaj na lody do Gelateria del Teatro w instagramowym otoczeniu lub po prostu zrobić piękne zdjęcia.

11:00 Zamek św. Anioła

Zaledwie kilka kroków stąd znajduje się Zamek św. Anioła – o tej porze będzie już tutaj całkiem sporo ludzi, ale jeśli zrobisz zdjęcie tuż przy krawędzi mostu – nie będzie tego widać 🙂 Z mostu widać już Kopułę Bazyliki Św. Piotra w Watykanie.

Zamek św. Anioła ma także niemal 2 tysiące lat i jest grobowcem cesarza Hadriana oraz jego następców.

11:30 -12:30 Watykan

Jeśli masz dobre tempo zajrzyj na Plac św. Piotra w Watykanie. Plac jest ogromny i na pewno zrobi na Tobie wrażenie. Wejście do Bazyliki św. Piotra jest bezpłatne, pamiętaj tylko o odpowiednim ubiorze. Możesz zwiedzać także podziemia, ale jeśli masz tylko jeden dzień do dyspozycji ominęłabym je.

Wejście na Kopułę – jest już płatne, w zależności co wybierzesz. Jesli tylko schody 8 eur, jeśli winda plus schody 10 eur, płatność w kasie także kartą. Jeśli będzie trochę ludzi zaplanuj tutaj godzinę. Czy warto? Dla większości tak, dla mnie – nie. Ze względu na mój lęk wysokości modliłam się o przetrwanie i na samej górze byłam dosłownie 2 minuty. Zrobię jeszcze o tym osobny wpis.

13:00 Czas na obiad – Pastaciutta

Niedaleko Placu św. Piotra znajduje się miejsce, gdzie dostaniesz makarony na wynos. Bardzo dobre, ogromne porcje (myślę, że można spokojnie jedną na dwie osoby) i przystępne ceny – niższe niż w samym centrum. Ja mogę polecić klasyczną carbonarę. Zjeść można w środku (jest kilka miejsc) lub np. na schodach obok.

rzym-spaghetti-carbonara-pasta

13:30 Campo de’ Fiori

Wybierz się na dłuższy spacer (ok 25 min) albo przejedź autobusem nr 40 albo 23. Bilet kosztuje 1,5 eur i jest do dostania w specjalnym budkach, sklepach z tytoniem lub w kiosku. Bilet jest ważny 100 min na przejazdy lub 1x metrem.

Lokalny targ, gdzie możecie kupić kwiaty, przyprawy, warzywa, jakieś drobne pamiątki (pasta truflowa mniam!). Zagadajcie do Pana Leszka na początku targu, z przyjemnością utnie sobie z Wami krótką pogawędkę.

Wracając możecie wstąpić do Il Fornaio na deser – cos słodkiego, np. canollo albo pizzę na kawałki, jeśli jeszcze jesteście głodni.

14:00 Podwórko Arco degli Acetari

Przed Tobą kolejna perełka w mieście, o której mało kto wie. Przeniesiesz się na moment na południe Włoch na typowe włoskie podwórko.

arco-acetari-rzym-włochy

14.15 Muzeum Leonardo da Vinci

Warto wejść do środka kamienicy i zobaczyć niesamowite wnętrze budynku.

15:00 Ogród Pomarańczowy na Awentynie

Jeśli zdążysz jeszcze na jednym bilecie możesz podjechać autobusem linią 81, 83 lub 44.

Ogród pomarańczowy to świetny punkt widokowy na całe miasto, ale też idealne miejsce na poobiedni chill z widokiem na Watykan. Uwaga! Trzeba się tu troszkę wdrapać, ale zdecydowanie warto. Ciężko mi słowami oddać klimat tego miejsca, dlatego zapraszam do moich zapisanych stories z Rzymu na instagramie, gdzie znajdziecie filmiku z ogrodu.

15.30 Dziurka od klucza – perełka Rzymu numer trzy

Tuż obok znajduje się Zakon Rycerzy Maltańskich. Jeśli spojrzy się przez dziurkę od klucza to zobaczysz kopułę Bazyliki Św. Piotra osadzoną jakby w ogrodzie różanym. Co ciekawe patrzysz przez 3 państwa – jesteś na ziemi włoskiej, patrzysz przez Maltę na Watykan 🙂

16.00-17.00 Zatybrze Trastevere

Zejdź ze wzgórza i przejdź przez rzekę Tyber, a będziesz na Zatybrzu. Pospaceruj urokliwymi uliczkami. Zatybrze to aktualnie najbardziej popularna dzielnica wśród młodych Włochów. Możesz wstąpić do Bazyliki Św. Marii na Zatybrzu.

Zaczyna się też idealny czas na aperritivo, usiadź gdzieś na aperol spritz i bruschettę.

17.30 Czas wrócić do hotelu

Czas wrócić do hotelu i szybko ogarnąć się na kolację. Wybierz autobus nr 170 albo 44. Warto także podejść do parku naprzeciwko hotelu i usiąść na kwadrans, by posłuchać cykad.

18.00-19:30 Kolacja – Restauracja Vos

Według mnie najlepsza knajpka w Rzymie – ristorante Vos. Bardzo polecam cacio e pepe.

A kiedy skończysz kolację możesz pospacerować po mieście – wieczorem wygląda zupełnie inaczej. Najbardziej polecam Pantheon i Fontannę d Trevi. Możesz też wybrać się na przejażdżkę autobusem po mieście, by zobaczyć nocą odleglejsze punkty, jak np. Zamek św Anioła.

21.00 W drodze do hotelu…

zapewne bedziesz już wracać do hotelu. Wstąp jeszcze na lody do lodziarni pod hotelem i jesli jeszcze masz siły wybierz się na spacer pod Koloseum, nocą także robi wrażenie.

koloseum-nocą-rzym

Intensywny dzień zwiedzania

Ta trasa jest mocno intensywna, ale jak najbardziej do zrobienia. Oczywiście możesz wyrzucić coś z tego planu, starałam się jednak, żeby wszytskie punkty było po kolei i jak najbardziej po drodze. Nie zapomniałam Cię także nakarmić, bo jedzenie w Rzymie to ważny aspekt całej podróży.

Ubierz wygodne buty, bo na pewno zrobisz ponad 20 tysięcy kroków tego dnia. Nie zapomnij także o chuście na ramiona i raczej ubraniu za kolano, jeśli chcesz zwiedzać obiekty sakralne w środku, co bardzo polecam.

rzym-zwiedzanie
Warto wrzucić taką chustę do plecaka, by zwiedzać kościoły wewnątrz.

Wszystkie miejsca, oprócz wejścia na Kopułę są bezpłatne. Zatem jeśli nie bedziecie korzystać z komunikacji zwiedzanie może być całkowicie darmowe.

Specjalnie ominęłam Schody Hiszpańskie. Dlaczego? Bo moim zdaniem to duże meh – bardzo dużo ludzi, pełne słońce i… schody. Jeśli jednak wybierzecie się tam możecie wyjść na samą górę, aż pod sam kościół i zerknąć na uliczki z góry. A jeśli zgłodniejecie to blisko znajduje się miejsce, gdzie zjecie pyszną pastę na 4 eur od 13.00 lub, jeśli będziecie tu przed południem zjecie pyszne cornetto. Zapraszam Was do mojego wpisu z wszystkimi poleceniami knajpek w Rzymie – TUTAJ.

rzym-schody-hiszpańskie

Mapka Google z planem zwiedzania

Poniżej znajdziesz moją mapkę google z oznaczonymi wszystkimi miejscami do zwiedzania, pobierz ją i korzystaj z niej w podróży. Jeśli okaże się przydatna oznacz mnie na swoim instagramie lub facebooku, będzie mi bardzo miło!

Udanego zwiedzania!

P.S. Zapraszam także do moich poprzednich wpisów z Rzymu:

oraz na mój instagram, gdzie jest zapisana cała relacja z mojej podróży do Rzymu